UlicaEkologiczna.pl
rowery

0,3 G City. Ile ma Warszawa?

Gronigen to studenckie miasto rowerowe w północnej Holandii. Poproście Holendra, żeby powiedział Wam, jak się wymawia tę nazwę. Chrząknął? Nie, on właśnie powiedział “Groningen” z dolnosaksońskim akcentem. A teraz odchrząknijcie, pomyśli, że powiedzieliście mu coś miłego.

Groningen jest przede wszystkim miastem studenckim. W Polsce trudno sobie wyobrazić, co to oznacza, ale spróbujmy: na czterech groningenckich uniwersytetach studiuje ponad 70 tysięcy studentów. Doliczmy do tego wykładowców, administrację, obsługę techniczną, biblioteki, pracowników innych instytucji naukowych, kucharzy, sprzątaczy, obsługę bibliotek, księgarni i pubów… ile wyjdzie? 100 tysięcy? 120 tysięcy? Oznacza to, że w mieście nieco tylko mniejszym od Torunia dwie osoby na trzy mają coś wspólnego z wyższą edukacją.
Nie mi oceniać, jaki ma to związek z badaniami Komisji Europejskiej, według których Groningen ma najszczęśliwszych mieszkańców w Europie.
Groningen to także miasto, w którym 57 procent podróży odbywa się na rowerach. To najlepszy wynik w Europie i trzeci – po dwóch miastach chińskich – na świecie. 57 procent mieszkańców zasuwa na rowerach i jeszcze ma czelność być szczęśliwymi.
W dyskusjach o miejskiej polityce rowerowej w Polsce argument o tym, że “nigdy nie będziemy drugą Holandią” pojawia się dość często i między innymi dlatego rzeczywiście nigdy nie będziemy. Ale nie musimy, wystarczy, żebyśmy pamiętali, że to nie dlatego Groningen jest miastem rowerowym, bo ludzie jeżdżą, tylko to ludzie jeżdżą, bo Groningen jest miastem rowerowym.
Bo po Groningen na rowerze jeździ się fantastycznie! Wybrałem się raz na całodniową przejażdżkę po mieście i okolicach. Dwukrotnie musiałem zmagać się z krawężnikiem – raz, tuż po wyjściu z domu, kiedy musiałem zjechać z chodnika na jezdnię i drugi raz, gdy wieczorem – już pod domem – z tej jezdni musiałem wjechać z powrotem na chodnik. Na rowerze w Groningen można wjechać wszędzie i nie ma tam miejsca, w którym rowerzysta czuje się niebezpiecznie. Kierowcy samochodów zawsze ustępują drogi, nawet gdy nie muszą. Może się boją – już wcześniej kilku Holendrów mówiło, żeby się nimi nie przejmować, bo niezależnie od okoliczności, jeśli potrącą rowerzystę – i tak wszyscy założą, że to ich wina.
Wkurzające są tylko babki w szpilkach, które bez wysiłku mijają cię po drodze, choć dajesz z siebie wszystko. I nawet nie chodzi o to, że to robią. Chodzi o to, że są ich tysiące.
Groningen to idealne miasto dla rowerzysty i dla mnie punkt odniesienia dla wszystkich innych miast, gdy mowa o rowerach. I teraz: jak względem Groningen mają się inne miasta? Czy można policzyć – biorąc pod uwagę tysiąc różnych czynników, wśród nich sieć dróg dla rowerów, ukształtowanie terenu, wielkość miasta, życzliwość służb miejskich, infrastrukturę, agresję kierowców, liczbę rowerowych knajp – ile brakuje danemu miastu do holenderskiego ideału? Jak to policzyć? Ile groningenów ma Paryż, Porto, Amsterdam, Wrocław, Boronów? [2]

I najważniejsze pytanie dla mnie: jeśli Groningen to 1, ile ma Warszawa?

Spotkałem Mutera na mieście. Opowiedziałem mu o Groningen i o tym, jak bardzo chciałbym tam mieszkać. I on też zapytał: – Ile ma Warszawa?
– 0,3 G – powiedziałem.
– To bardzo dużo – podsumował, ale w końcu przyznał mi rację. Obaj uwielbiamy to miasto, więc zapewne nieco zawyżylismy notę. Gdyby to były igrzyska olimpijskie, odebranoby nam uprawnienia do sędziowania.
Warszawa – z ruchem rowerowym na poziomie (tak mówią najbardziej wiarygodne z niewiarygodnych źródeł) 1-2 procent, zasypana kostką bauma, rozjechana milionem samochodów co noc nocujących na milionie parkingów – dla mnie jest miastem 0,3 G. Nie udowodnię tego w jednym zdaniu, ani w jednym akapicie. Będę próbował na dłuższym dystansie.
Zostańcie z nami.
Bohdan Pękacki

[1] Kraków był drugi, Warszawa 58.
[2] 0,51; 0,23; 0,89; 0,27; 0,01.

Zobacz film promujący Groningen

0 comments
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wybór redakcji