10.10
2016

Po co drzewom zima?


Sądzę, że nie jestem odosobniona w tych przykrych doznaniach, jakie są moim udziałem, gdy drzewa już zupełnie się ogołocą. Po feerii październikowych kolorów nadchodzi jednak listopad i coraz mniej barw zostaje na drzewach, coraz więcej szeleści pod nogami. A gdyby tak liście nie opadały? O ile piękniejsza byłaby zima!

Dlaczego właściwie drzewa w pewnym momencie zmieniają liście i je zrzucają? Od czego to zależy? Zima na pewno byłaby łatwiejsza do przetrwania, gdyby jej szarugom nie towarzyszył widok ogołoconych drzew.

Niestety, zmiana barw, a następnie zrzucenie przez drzewa liści jest konieczne, by drzewo mogło przetrwać rok.

 

leaves-1149004_960_720Taka konieczność i dowód rozsądku drzew – dąb jest tu wręcz wzorcowy!

 

Peter Wohlleben, autor Sekretnego życia drzew, uważa, że całkiem zasadne jest porównanie filozofii przetrwania drzewa do strategii niedźwiedzia brunatnego. Tak jak ten pierwszy tuczy się przez cały letni sezon, by móc pozwolić sobie na zapadnięcie w zimowy sen bez przerw, tak drzewa również gromadzą zapasy tak długo aż zapchają się ich „spiżarnie”. Gdy już nie mają gdzie upchnąć zapasów cukrów i innych składników – dają sygnał finiszu sezonu i zaczynają zmieniać barwę liści. I mniejsza przy tym o warunki atmosferyczne – żar może się z jesiennego nieba lać, drzewa to nie wzruszy. Po pracowitym sezonie należy mu się wypoczynek.

Pośród drzew są jednak gatunki nieco bardziej asekuranckie i prawdziwi ryzykanci. Jak ich od siebie odróżnić?

Te pierwsze wykazują się sporą dawką ostrożności – czytając Wohllebena można zaś śmiało rzec: rozsądku. Liście zaczynają przebarwiać dość szybko, by nie tracić na nie cennych zapasów i nie ryzykować bliskiego spotkania z mrozem. Ten bowiem powoduje zamarzanie wody, która jest dla nas, jak dla drzewa krwiobieg. Liść zaś, delikatna tkanka, jest najbardziej bezbronnym wobec mrozu punktem drzewa. Nie warto zatem tracić na niego zapasów, lepiej się go pozbyć. Lepiej oszczędzać Efektem jest wycofywanie z liści składników pokarmowych, co pociąga za sobą zmianę ich barw, przebarwianie i zrzucenie już zmienionych liści.

 

leaf-1007455_960_720Jesienne iście olchy – rzadki przykład rozsądku u drzewa zwykle rozrzutnego

 

Drzewa „ryzykanckie” zapychają spiżarnie i fotosyntezują póki się da – w efekcie mróz ścina często ich jeszcze zielone liście. To nie tylko bolesne, ale też rozrzutne – przepadają cenne substancje odżywcze.

Ale zrzucanie liści ma jeszcze parę innych funkcji. To naprawdę bardzo praktyczne rozwiązanie na przetrwanie czasu wichur i szadzi. Można tu z kolei pozbycie się listowia porównać do zwinięcia żagli. O ile łatwiej uniknąć połamania gałęzi uginanych wiatrem lub pod ciężarem lodu, jeżeli są one odciążone o liście! Tak, zrzucenie liści to szansa na mniejsze straty w tym ciężkim sezonie – lepiej się wycofać i nie zadzierać z warunkami.

Jeszcze inną kwestią jest to, że czasem… trzeba pójść do toalety, a zrzucenie liści jest ku temu idealną okazją – można skumulować w nich wszelkie zbędne i szkodliwe dla drzewa substancje i posłać je precz.

Dodajmy, że zgromadzona u konarów warstwa liści posłuży jeszcze rozgrzewająco, a z czasem stanie się cennym kompostem.

Może nam się zatem to nie podobać, ale drzewa muszą się ogołocić, aby przetrwać. I to niezależnie od tego, na jakie warunki atmosferyczne je wystawimy. Wiedzą o tym ci, którzy próbowali sztucznie hodować w doniczkach buki czy dęby.

Drzewa, którym nie pozwala się odpocząć, umierają.

Zbierajcie się zatem na sen, drzewa. Nacieszymy się tymi iglastymi. Ich zwinięte i powleczone ochronnym przeciwmrozowym woskiem igły, nie tracą wody.


Ekoprowincjuszka, która ciągle uczy się czegoś nowego. Gdy się zmęczy, ucieka na rower albo do lasu.