12.08
2017

Foodsharing w Polsce. Rośnie apetyt na jadłodzielnie


Zostaw jeśli masz za dużo, weź jeśli potrzebujesz to idea przewodnia powstających w kolejnych miastach Polski jadłodzielni. Wystarczy niewiele – lodówka i kilka półek w ogólnodostępnym miejscu, oraz sporo systematycznej pracy wolontariuszy, którzy odbiorą zagrożone zmarnowaniem jedzenie z różnych części miasta.

foodsharingJadłodzielnia w Toruniu / źródło: toronto-magazyn.pl

Szacuje się, że na świecie marnowane jest 30 proc całej wyprodukowanej żywności. Każdy Polak marnuje średnio 52 kg jedzenia rocznie. To wstrząsające dane, zwłaszcza jeśli mamy świadomość, że wiele osób nie ma dostępu do wystarczającej ilości pożywienia, aby najeść się do syta. Terminy przydatności do spożycia są określane w taki sposób, że dużo jedzenia trafi do kosza na długo zanim rzeczywiście przestanie się nadawać do zjedzenia. Foodsharing (z ang. food – jedzenie, share – dzielić), realizowany w lokalnych jadłodzielniach jest ruchem który za główny cel stawia sobie ograniczenie tego smutnego zjawiska.

Jadłodzielnia ma działać na zasadzie odruchu: daję – biorę. Bez ideologii, rozbudowanych struktur, polityki, lansu” – mówi Agnieszka Bielska z Foodsharing Warszawa. Praca na rzecz jadłodzielni to satysfakcja z małych kroków w kierunku wielkich zmian. Wolontariuszy cieszy widok opróżnianej lodówki z której znikają uratowane przed zmarnowaniem produkty. Jeśli oprócz pojedynczych osób do ratowania żywności nakłonieni zostaną właściciele sklepów, hoteli czy restauracji okaże się, że ocalimy przed zepsuciem na wysypisku nie kilogramy, lecz tony dobrego jedzenia.

W relacjach międzyludzkich ważne są tu detale, korzyści przyziemne takie jak pełny brzuch czy możliwość zaoszczędzenia kilku groszy, gest w stronę potrzebujących. Jeśli jadłodzielnie przyciągną dużo ludzi, niekoniecznie głodnych i biednych, ci ostatni znikną w tłumie i unikną stygmatyzowania charakterystycznego dla darmowych jadłodajni.

foodsharingW jadłodzielniach znajdziemy jedzenie które w innych okolicznościach trafiłoby do kosza / źródło: Foodsharing Warszawa

Dziel się jedzeniem – to nie takie proste

Uruchomienie jadłodzielni nie wymaga zbyt wielu formalności. Potrzebne jest gniazdko z prądem do podpięcia lodówki i trochę miejsca aby postawić obok regał z półkami na produktu nie wymagające schładzania. Zgodę musi wyrazić lokalny sanepid. Wyszczególni on również produkty które nie mogą być przechowywane (np. dania zwierające surowe mięso oraz jaja – np. tatar czy majonez). Aby foodsharing działał sprawnie potrzebni są jeszcze ratownicy – wolontariusze którzy odbiorą niechcianą żywność i dostarczą do jadłodzielni.

Pomimo iż idea dzielenia się jedzeniem, które w przeciwnym razie trafiłoby do kosza na śmieci wydaje się ze wszech miar słuszna, nierzadko spotyka się ona z krytyką i negatywnymi komentarzami – zwłaszcza hejtem w sieci. Pomysłodawczyni krakowskiej jadłodzielni Weronika Wirtel dowiedziała się że „prowokuje pasożyty społeczne”, „ściąga w jedno miejsce ludzi nadużywających alkoholu” oraz, że „igra z ogniem”. Zdaniem niektórych, przy ratowaniu żywności nie powinna korzystać z pomocy wolontariuszy, lecz dawać pracę, koniecznie z godziwym wynagrodzeniem. Światło dzienne ujrzały również obawy internautów dotyczące zatruć i zagrożenia epidemiologicznego. Pojedyncze głosy domagały się ograniczenia dostępu do lodówek ludziom bezdomnym oraz chorym.

Idea „jadłodzielni” bywa często mylona mającymi za zadanie nakarmienie biednych jadłodajniami.  Wyjaśniałam, że to nie będzie miejsce dla biednych i że nie chcę dokarmiać Krakowa, ale ograniczyć marnowanie i wyrzucanie jedzenia – mówi Wirtel. – Napisałam też do jednego z największych uniwersytetów w kraju z prośbą o udostępnienie kąta na lodówkę z jedzeniem dla studentów. Dostałam odpowiedź odmowną, z sugestią, że mogłam pomylić adresata”

Chętnych do dzielenia się jedzeniem nie brakuje, jednak mnóstwo osób, firm i instytucji nadal nie ma świadomości, że jedzenia nie trzeba wyrzucać. Czasami potrzeba nieco siły przekonywania ze strony żywnościowych ratowników, aby nakłonić potencjalnych oferentów. Niektórzy boją się angażować. Wolą uniknąć oceniania, albo myślą że konieczne będzie każdorazowe, samodzielne przewożenie jedzenia we wskazane miejsce. „A tu trzeba delikatnie. Lepiej im nie patrzeć na ręce, bo uciekną – przekonuje Sylwia Kowalska, organizatorka jadłodzielni z Torunia. – Najlepiej przejść się po targowisku, przekonać, że nie muszą sami przynosić. Wystarczy żeby zostawiali na ławach, my zbierzemy.” – dodaje.     

foodsharingJadłodzielnia w Warszawie na Wydziale Psychologii UW oraz jej pomysłodawczynie: Karolina Hansen (z lewej) oraz Agnieszka Bielska / źródło: warszawa.wyborcza.pl 

Kto ma apetyt na darmowe posiłki?

Wiele osób przyznaje, że nigdy nie zdecydują się sięgnąć do publicznej lodówki. Obawiają się dostarczonego anonimowo jedzenia, z niesprawdzonego źródła. Poziom zaufania w naszym kraju zawsze był niezmiernie niski, a obecna sytuacja polityczna, w której każdy czuje się zastraszony falą emigrantów, decyzjami władz czy kibolami nie sprzyja budowaniu pozytywnych relacji. Każdy w każdym widzi cwaniaka, oszusta, opozycjonistę i wietrzy cudzy interes.

Drugim problemem powstrzymującym niektórych przed skorzystaniem z zasobów jadłodzielni jest opinia jakoby były to miejsca tylko dla biednych. Ludzie zadają sobie pytania czy są dość biedni i potrzebujący aby nie zostać posądzeni o nadużywanie cudzej dobroci. Wiele osób obawia się oceny innych. Nie chcą aby uznano ich za ubogich czy bezdomnych. Na szczęście pomimo licznych oporów, coraz więcej ludzi docenia jadłodzielnie i nie waha się z nich korzystać. Pełną lodówkę chwalą sobie studenci, stałymi gośćmi są też emeryci. W kolejnych miastach otwierane są nowe punkty, a młodsi i starsi wolontariusze nie tracą zapału.   

Źródła: „Jadłodzielnie w Polsce. Uczymy się nie wyrzucać jedzenia.” – cojestgrane24.wyborcza.pl. Wszystkie cytaty pochodzą z artykułu na portalu polityka.pl pt. „Foodsharing: jak to działą?”