19.09
2016

Listy Czytelników: Naprawdę trzeba AŻ TAK kosić?


Takie pytanie gnębi panią Izabelę Bukrabę-Rylską, którą sposób gospodarowania miejską na tyle odstręczył, że postanowiła się z nami podzielić swymi wspomnieniami z tego lata. Przyznamy, że nie ma dla nad nic bardziej satysfakcjonującego od otrzymania takiego listu od Czytelniczki. Wiemy, że jesteście osobami wrażliwymi i zatroskanymi o dobro natury. Świadczą o tym Wasze komentarze, obecność na naszym portalu i to, jak reagujecie na publikowane teksty. Ale podzielenie się z nami swymi spostrzeżeniami obszerniej, przekonuje nas, że pilnie czytacie i odnosicie treści do otaczającej Was rzeczywistości. Nie może być dla nas większej satysfakcji!

Oto wspomnienie pani Izabeli o minionych wakacjach w Warszawie:

Plac Grunwaldzki na Żoliborzu – obok linii tramwajowej ul. Broniewskiego trawa świeżo skoszona – miejscami do gołej ziemi. Można by zrobić zdjęcie i zapytać (w mediach – np. w Kurierze Warszawskim albo w Dzielnicy), kto tak dewastuje miejską zieleń. Przecież za takie koszenie firmy powinny płacić kary! I co z tego, że trawa odrasta? Przez parę tygodni musimy patrzeć na takie pobojowisko.

Innym razem jechałam tramwajem ul. Broniewskiego – od Reymonta do Włościańskiej. Trawa wykarczowana i chociaż z powodu deszczów stoi w wodzie, to i tak miejscami żółknie. Zwłaszcza przy tym lasku z kaczuszkami (skrzyżowania Broniewskiego z trasą). Wniosek – krótkie koszenie i przy pomocy takiego sprzętu niszczy trawę, ona już nie odrasta i trzeba czekać na nową.

Kiedy piszę o tym do wydziału środowiska, to twierdzą, że trzeba kosić, bo trawy powodują alergie – ale na wsi, gdzie jest więcej traw, alergii jest dwa razy mniej!

Kiedy piszę o tym do ZOM-u (bo oni głównie koszą w Warszawie), to odpowiadają, że nic nie szkodzi, bo trawa ma to do siebie, że się regeneruje! Czy ten Zakład Oczyszczania Miasta nie rozumie swojej misji zbyt dosłownie? Oczyszcza trawniki ze wszystkiego, co tam rośnie.

Kiedy rozmawiam o tym w swoim ADM na Bemowie, słyszę, że trzeba kosić, bo trawa „się kłosi” – ale czy to jakaś zbrodnia? Jak się kłosi, to się sama wysiewa i jest bardziej zielono, można obserwować cały proces wegetacji roślin, zmiany kolorów itd.

Kiedy piszę o tym do urzędników w dzielnicy, to powołują się na wytyczne Tow. Dendrologicznego (też mi autorytet!) i wspominają o kleszczach, które siedzą w wysokiej trawie. Jak mówię, że chodzenie po trawie jest póki co zabronione i jeśli ktoś ją depce, no to ma za swoje, oni na to, że wystarczy wypuścić psa, a ten łapie kleszcza.

Ale przecież nikt nie wypuszcza psa na pasy zieleni pomiędzy pasami ruchliwych ulic czy torów tramwajowych, a tam też trawa jest wycinana do łysa.

Można by również zapytać, czy ktoś zmierzył poziom hałasu i spalin emitowanych przez te kosiarki. To jakieś potwornie głośne urządzenia, a w mieście i tak mamy za dużo decybeli i zanieczyszczone powietrze.

Tak wygląda podsumowanie moich prywatnych bojów w obronie miejskich trawników.

Pani Izabelo – choć walka o niekoszenie trawników w mieście zakrawa na tę z wiatrakami, dzięki osobom takim jak Pani problem jest naświetlany i może wreszcie ktoś zechce się nad nim zastanowić. Gdyby więcej osób podjęło trud zadawania pytań i wyrażania swej krytycznej postawy, coś być może by się zmieniło, w końcu głos obywatelski wyrażany gremialnie ma szansę na wpłynięcie na urzędników odpowiedzialnych za miejską zieleń. Dziękujemy Pani za ten budujący list, przekonujący nas, że wśród naszych Czytelników są osoby, które są skłonne działać w obronie przyrody! List Pani premiujemy nagrodą książkową.

 

mail-1454732_960_720

 

Czytelniczko! Czytelniku! Chcesz nam o czymś opowiedzieć, podzielić się swym przeżyciem, spostrzeżeniami, opinią? Pisz! Wszystkie publikowane listy nagradzamy.