10.03
2014

Permakultura, czyli ogrodnictwo bliskości


Podpatrujemy naturę. Nie zmieniamy jej na siłę, ale próbujemy przenieść to, co występuje lokalnie, do ogrodów. Permakultura to nie tylko działanie, ale też refleksja nad tym, jak środowisko wpływa na nas i jak my wpływamy na nie. Jest filozofią, postępowaniem z rozmysłem – również w procesie uprawy roślin.

Wyhodować sobie mały las – kuszące. Ale czy wszędzie możliwe? Ogrody permakulturowe powstają nawet na terenach pustynnych, więc niech nie zraża nas słaba gleba, centrum miasta, złe warunki klimatyczne. Zawsze można spróbować zakochać się w roślinach – w permakulturze właśnie między innymi o to chodzi. Medytować, wsłuchać się w ich potrzeby, odpowiadać na nie. To trochę attachment gardening, ogrodnictwo bliskości, powrót do korzeni. No więc od nich zacznijmy.
Permakulturę stosowano już w starożytności. Podpatrywano naturalne ekosystemy i starano się przenieść ich fragment na tereny służące ludziom, tak aby mogły ich jak najlepiej wyżywić. W czasach, kiedy nie było nawozów sztucznych, oprysków ani traktorów, praca ludzkich rąk była cięższa. Dlaczego by jej więc nie ograniczyć? Czy jeśli nie nawozimy ziemi w lesie, oznacza to, że nic w nim nie wyrośnie? Wręcz przeciwnie. Należy pozwolić pracować naturze, dać jej równoważyć ekosystem, a odwdzięczy się nam ona w dwójnasób. Naszym zadaniem jest wspieranie – szukanie takich rozwiązań, które nie tyle przyspieszą wzrost i zapewnią lepszy plon, ale pozwolą rosnąć w swoim tempie.

Obserwacja
Aby zapewnić roślinom najlepsze warunki, należy obserwować, z której strony ogrodu słońce zachodzi, a z której wschodzi, która jest bardziej nasłoneczniona, która suchsza. Dajmy sobie na to trochę czasu, zamiast sadzić je tam, gdzie nam się wydaje, że będą wyglądały najpiękniej. Lepiej odpowiedzieć na ich potrzeby. Weźmy w dłonie glebę – zobaczmy, jaki ma kolor, zbadajmy jej pH, sprawdźmy, jak zatrzymuje wodę. Być może konieczne będzie założenie systemu irygacyjnego, wygłuszenie chwastów (osłonięcie ich warstwą tektury), zastosowanie substancji (pochodzenia organicznego), które pozwolą na lepsze związanie gleby, zatrzymanie w niej wilgoci. Taką rolę może odegrać chociażby bentonit.

Co widzimy po wejściu do lasu?
Pod nogami miękki mech, skrzypiące igliwie, grzyby, opadłe liście. Grzyby zaopatrują korzenie drzew w odżywcze substancje – mamy naturalną, piękną symbiozę – bo drzewa dają im z kolei cień, zatrzymują wiatr, tworzą mikroklimat. Liście oraz igliwie nie pozwalają uciec wilgoci, chronią glebę przed wysuszeniem, a mech jest naturalną gąbką, która wchłania deszczówkę. Praktyczny system, który da się przenieść do naszego ogrodu. Wymaga to jednak odrobiny zachodu. W ogrodzie można postarać się odtworzyć podszyt – nanieść warstwy starej grzybni, rozdrobnionych gałęzi, liści, kompostu, słomy, żyznego podłoża i ściółki, np. ze słomy albo drewnianych wiórów. To ostatni i jeden z najistotniejszych elementów. Ściółkę należy regularnie uzupełniać, a glebę wspomagać, np. kompostem. Permakultura zakłada ograniczenie wyrzucania odpadków. Kompostownik jest więc elementem obowiązkowym ogrodu – gromadzimy tutaj organiczne szczątki, które przekształcane są w czarne złoto, wspomagające rozwój roślin. W ogrodzie ustawiamy też beczki, w których będzie się gromadzić deszczówka. Nie potrzeba jej wiele – dzięki zaściółkowaniu podłoża woda nie wyparowuje tak łatwo, wierzchnia warstwa utrzymuje jej dobrą wilgotność. Mniej pracy i energii? Dlaczego nie?

Wzajemne wsparcie
Ważny jest dobór roślin. W permakulturowym ogrodzie rezygnujemy z monotematycznych grządek – ziemia się dzięki temu nie wyjaławia, a rośliny wspierają się nawzajem w walce z odwiecznymi wrogami. Nie znaczy to, że pozbędziemy się szkodników zupełnie, ale może być ich mniej. Tam, gdzie rosną dynie, kapusty, marchewki, warto zasadzić cebulowe. Swoim zapachem odstraszą nie tylko ślimaki, ale też np. połyśnicę marchwiankę. Larwy tej niepozornej muszki wwiercają się w korzenie marchwi, niszcząc je doszczętnie. Występują powszechnie, a tak naprawdę nie trzeba wiele, żeby je zwalczyć. Natura sama wymyśliła ciekawe sposoby. Podobnie rzecz się ma z ziołami. Olejki eteryczne z mięty, szałwii, lubczyku, majeranku są w stanie wygonić z ogrodu największe szkodniki. To samo tyczy się coraz częściej dużych upraw. Dzikie rośliny same regulują poziom substancji odżywczych w glebie, jej wilgotność, użyźnienie, wzajemnie regulują mały ekosystem. Rolnicy wracają więc do tego sposobu gospodarowania ziemią.
Istotne jest to, żeby do ogrodu zasadzić rośliny występujące na danym terenie naturalnie. Warto przejść się po okolicy i poobserwować – wprowadzając do ogrodu lokalne drzewa albo zioła, ściągniemy do niego pożyteczne owady, wspomożemy nasz mały ekosystem.

Podziel się
Buchający, dobrze zaprojektowany i zadbany permakulturowy ogród jest w stanie wyprodukować więcej, niż możemy zjeść. Istotną składową tego rodzaju podejścia jest więc dzielenie się. Permakultura ma głęboki społeczny wymiar – nie tylko naśladuje najlepsze wzorce w naturze, ale też tworzy nowe, dobre relacje społeczne. Wiórki drzewne na ściółkę można dostać od sąsiada, który za to otrzyma z naszego ogrodu kosz najlepszych pomidorów. Liście na kompost lądują u nas z kuchni znajomych, których zapraszamy na otwarcie sezonu dyniowego. Za skoszone siano ktoś inny dostaje słoik własnych przetworów. Skomplikowana sieć dobrych relacji: zioła, owoce, warzywa, ziemia, klimat, woda, owady i ludzie. Naprawdę wierzę w to, że to się może udać . A wy?

P.S.
Wyjazd na Morawy jest dla mnie koronnym dowodem na to, że permakultura święci triumfy. Pomiędzy uporządkowanymi winnicami z zaoranymi ścieżkami czystej ziemi wyrastają winnice jakby zaniedbane, zachwaszczone. To jednak jak najbardziej celowe. I mamy tu wartość dodaną – wino z dzikich winnic jest bogatsze, ciekawsze w smaku. Odwiedźcie naszych sąsiadów i wznieście toast np. palavą (polecam!) za tegoroczne uprawy.

Zdjęcia:
nr 1 – Leśny ogród Roberta Harta. Fot. Graham Burnett. [Wikicommons]
nr 2 – Winnica na Morawach (Pavlov), zdjęcie autorki

Permakultura, czyli ogrodnictwo bliskości, 5.0 out of 5 based on 3 ratings

Warszawianka, prażanka, przewodniczka po Warszawie, miastożerczyni, wegetarianka. Współtworzy duet Mead Ladies. Lubi zielone warzywa, zielone rejony Warszawy, zielone jabłka (w tym Big Apple – jeśli miałaby wybrać na świecie inne miejsce do zamieszkania) i zielony tusz do rzęs.