28.07
2015

Zwierzę zostało stworzone po to, by człowiek nie czuł się samotny – recenzja książki „Głaskane, tuczone, zabijane”


Stricte katolicki głos w kwestii obrony praw zwierząt? Raczej nie nawykliśmy do tego znając specyfikę polskiego kościoła katolickiego. Tym bardziej uderza pozycja „Głaskane, tuczone, zabijane” . Jej autor, Anton Rotzetter, to szwajcarski kapucyn, teolog… i zdeklarowany rzecznik praw zwierząt w kościele katolickim. Książka jest wołaniem o zmianę podejścia w ich kierunku. Wołanie to ma wielu adresatów.

książka

Jeżeli nie śledzicie na bieżąco kolejnych encyklik papieża Franciszka, mogło umknąć Wam to, że wezwanie w stronę katolików do zmiany spojrzenia na kwestię zwierząt i odejścia od konsumpcyjnego podejścia do świata, pojawiło się już nie pierwszy raz w bardzo radykalnej formie (zaciekawionym polecam: KLIK!) . Ponieważ jest to jednak bardzo dalekie od tego, co na co dzień słyszymy z oficjalnych komunikatów przedstawicieli kościoła katolickiego w Polsce, lektura „Głaskane, tuczone, zabijane” jest rodzajem odkrycia.

Przyznam, że po książkę sięgałam z mieszanymi uczuciami, z czego nie jestem specjalnie dumna. Mój dystans wynikał nie tyle z powodu przynależności ideowej autora, a raczej tego, że spodziewałam się po prostu nużącego wykładu. Zupełnie nieoczekiwanie się wciągnęłam i lektura była całkiem przyjemna. Niemała w tym zasługa osobowości autora, który jest nienachalny, wyważony i po prostu świetnie zorientowany w temacie, który porusza.

„Całkiem przyjemna”, bo trudno uznać za takowe uznać brnięcie przez pierwszą część, która jest relacją z tego, jak dziś traktowane są zwierzęta. W zasadzie dla każdego, komu bliskie jest współczucie wobec masowo wykorzystywanych i zabijanych w imię pozyskiwania produktów spożywczych zwierząt, część ta nie będzie niczym odkrywczym. A jednak robi wrażenie. Mi akurat przykro było odkryć, że jeszcze ciągle można dowiedzieć się o jakimś nowym pomyśle człowieka na eksploatację zwierzęcia z zupełnym pominięciem współczucia wobec niego. Parę rzeczy, których prościej byłoby nie wiedzieć, odkryłam właśnie w pierwszej części książki, zatytułowanej „Jak traktujemy zwierzęta”. Nie będę przytaczać przykładów. Każdy, kto zna publikacje „Otwartych klatek” czy Fundacji Viva!, doskonale wie, o jakim rodzaju niewesołych wiadomości mówię.

Drugiej części książki nieco się obawiałam. Z racji, że wzdragam się przed wszelkimi wykładami, tytuł „Jak powinniśmy traktować zwierzęta” nieco mnie onieśmielał. Ale tu znów autor mnie pozytywnie zaskoczył. Nie ma kazania. Są fakty. „Ignorancja to broń masowego rażenia” – przytacza autor zdanie młodego wolontariusza z Greenpeace. I stara się zminimalizować efekty tego rażenia rozjaśniając nieco mrok, gdyż niewiedzę nazywa wprost: winą. W ogóle Anton Rotzetter unika pouczeń – raczej zdaje relację i proponuje względnie sugeruje. Nie ma nawracania na siłę, są kwestie do rozważenia. Również z uwzględnieniem etyki i filozofii. Jak wspomniałam – trudno nie zauważyć, że autor naprawdę rzetelnie traktuje bliski sobie temat.

Trzecia część książki, zatytułowana „Polityka na rzecz zwierząt” to nie tylko zestaw informacji na temat różnych organizacji działających dla obrony praw zwierząt. To rzeczowe wykazanie dlaczego istnienie takich organizacji jest ze wszech miar racjonalne, jeżeli dobro Ziemi w jakikolwiek sposób dla nas się liczy i jeżeli zależy nam na spojrzeniu sobie w oczy z czystym sumieniem wobec własnego człowieczeństwa. Należy bowiem zaznaczyć, że pisząc o krzywdzonych w naszej cywilizacji zwierzętach, nasz stosunek wobec ich sprawy Anton Rotzetter przekłada na miarę człowieczeństwa w nas. Nie należy tu zawężać jego perspektywy do światopoglądu chrześcijańskiego – również z punktu widzenia świeckiej etyki podejście do istot od nas słabszych i od nas zależnych, określa ile w nas z tzw. porządnego człowieka. Jeżeli zwierzęta traktujemy w kategoriach ich przydatności ekonomicznej, czy wiele trzeba, by ten rodzaj kryteriów zastosować wobec człowieka? – pyta m.in. Anton Rotzetter.

autorAnton Rotzetter – kapucyn, teolog, wielki przyjaciel zwierząt

Czwartej części książki – nie da się ukryć – w oderwaniu od światopoglądu chrześcijańskiego czytać się nie da. Sam tytuł mówi wszystko: Bóg kocha zwierzęta. Trudno zatem mi w tym miejscu polecać ją osobom niewierzącym. Ale już niewierzącym, których rodzice są wierzący i skłonni do rewidowania swych poglądów – jak najbardziej. Zwłaszcza, jeżeli kwestię Waszego wyrzeczenia mięsa traktują jak rodzaj fanaberii.

Autor nie idzie w demagogię i uproszczenia; analizując wnikliwie poszczególne fragmenty Biblii, wykazuje jak wyrażony jest w nich stosunek, np. do kwestii wegetarianizmu. Nie pozwala na nadinterpretacje, ale i nie pozostawia wątpliwości: Biblia nakazuje w wielu miejscach szacunek wobec zwierząt, co wyraźnie przekłada się na umiarkowane spożycie ich mięsa – bądź nawet jego zaprzestanie.

Czy zaś zwierzęta zostaną zbawione? I czy mają duszę? Nie zdradzę Wam, jak autor „Głaskane, tuczone, zabijane” odpowiada na te kwestie. Mogę tylko rzec tyle, że każdego przyzwyczajonego do sztampowych odpowiedzi może spotkać niejedna niespodzianka podczas czytania tej książki.

Komu poleciłabym „Głaskane, tuczone, zabijane”? Sądzę, że sam autor pisał swą książkę przede wszystkim z myślą o osobach wierzących. Nie da się ukryć, że stanowi ona nielichy problem dla przedstawicieli kościoła katolickiego, którzy do spraw ekologii i praw zwierząt podchodzą z daleko idącą ignorancją. W swoim czasie takiego problemu narobił skostniałemu kościołowi katolickiemu św. Franciszek (z oczywistych względów wielokrotnie w książce przywoływany). Teraz kapucyn, autor wielu rozpraw w duchu teologii franciszkańskiej, stawia reprezentowanemu i przez siebie samego kościołowi szereg niewygodnych pytań. I nie można pytaniom tym zarzucić demagogii czy braku rozeznania w kwestiach podstaw, na jakich opiera się kościół katolicki. Autor nie oskarża bezpośrednio, tylko z iście sokratejskim spokojem stawia pytania. W paru miejscach mówi wprost: być może powodem kryzysu przeżywanego przez kościół katolicki jest fakt, jak wielu ludzi odstręcza on swą ignorancją wobec problemów zwierząt?

Bardzo uwierająca książka.

Jest ona też pewnego rodzaju problemem dla tych, którzy mieniąc się wierzącymi, codziennie bezrefleksyjnie spożywają mięso. Sam autor zauważa paradoksalną zmianę; kiedyś spożywanie mięsa wiązało się z pewną wyjątkowością, obecnie jest codziennością. Z podobnym dystansem odnosi się też do nieodłącznego związku świętowania ze spożywaniem obfitych mięsnych uczt. Co ważne, żadnego ze swych rozważań nie pozostawia bez uzasadnienia – zarówno na płaszczyźnie racjonalnej, jak i w aspekcie duchowym.

Jak książkę odbiorą wegetarianie spoza kościoła? Zapewne jako niewiele nowego dla siebie samych, za to bardzo wiele oferującą w kwestii doboru argumentów do dyskusji. Jak już wspomniałam, bezcenne w przypadku problemu z cyklu „podczas wizyty w domu rodzinnym mama chyłkiem próbuje przemycić mi mięso”.

Świetny prezent dla tych, którzy nad wegetarianizmem/weganizmem się zastanawiają. Trafienie w dziesiątkę dla tych, których bliscy podchodzą do sprawy z uprzedzeniami.

Sposób wypowiedzi i osoba samego autora wymykają się schematom i nie pozwalają go zaszufladkować jako nawiedzonego ekologa (choć nie wątpię, że w środowisku duchownych taka opinia o nim może krążyć!). Co ważne, nie da się go też zaszufladkować jako typowego katolickiego księdza. Czasami można wręcz mieć wątpliwości: czy to na pewno człowiek z tego kościoła?

A jednak. Bardzo pozytywne odkrycie.

 

Anton Rotzetter, Głaskane, tuczone, zabijane

Wydawnictwo: Drukarnia i Księgarnia św. Wojciecha
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 224 s.


Ekoprowincjuszka, która ciągle uczy się czegoś nowego. Gdy się zmęczy, ucieka na rower albo do lasu.