UlicaEkologiczna.pl
rowery

0, 3 G City: Herosi na rowery

W audycji „Skołowani” (co sobotę o 19.00 w TOK FM, polecam) wdałem się niedawno w dość dziwną dyskusję z prowadzącą Agatą Kowalską, kto jest herosem w jeździe po mieście – rowerzyści, czy kierowcy samochodów. Teraz mi łyso.


1.
Audycja do posłuchania tutaj („Czy można się nauczyć myślenia pro-rowerowego” ). Zdarzyła mi się w trakcie taka wypowiedź, że do jeżdżenia rowerem po Warszawie potrzebna jest odwaga. Bo niebezpiecznie, kierowcy nie uważają a w drogach dziury. Agata przytomnie odpowiedziała, że to właśnie do jeżdżenia samochodem trzeba heroizmu, żeby się męczyć w korkach, zderzać ze wszechobecną niechęcią innych kierowców, skrobać szyby z lodu i godzinami szukać miejsca do parkowania.
Oczywiście to ona miała rację – największym odkryciem każdego, kto zaczyna jeździć rowerem po mieście „użytkowo”, jest to że rower jest łatwiejszy i przyjemniejszy. Po pewnym czasie człowiek nie ma po prostu siły mierzyć się ze wszystkimi kłopotami, jakie rodzi posiadanie samochodu i korzystanie z niego. Rower rozleniwia.
Po audycji było mi raczej głupio. Ale zacząłem się zastanawiać, skąd mi się wziął ten heroizm.
2.
Kilka dni przed wizytą w radiu spotkałem się z dwoma Prominentnymi Rowerzystami. Obaj od lat walczą jak lwy – z urzędami, kierowcami, administratorami dróg, ustawodawcami i ogólną polską nieruchawością – żeby wszystkim nam jeździło się lepiej, a przede wszystkim bezpieczniej. Kawka, herbatka, ciastko, rozmówka. I zaczęło się – kto ostatnio z czym się zderzył, kogo ostatnio mało nie przejechało, a kto za młodu jeździł na czerwonym. Coś mnie zaniepokoiło.
– Nie dziwi Was, że niemal za każdym razem, gdy ludzie namawiający innych do jeżdżenia na rowerze spotykają się w gronie już przekonanych, to robi się konkurs, kto opowie najbardziej mrożącą krew w żyłach historię z trasy? Przecież nie jest tak, że gdy spotykają się kierowcy, to głównym tematem są niebezpieczeństwa na drodze. U nas – zawsze. Ciągle namawiacie ludzi do tego, żeby jeździli, bo to najlepszy sposób na poruszanie się po mieście. I tak rzeczywiście jest, ale gdyby ktoś Was czasem posłuchał, to nie tylko nie wsiadłby nigdy na rower, ale w ogóle przestał wychodzić z domu, chyba, że obwiązany trzema kołdrami.
Zamyśliliśmy się na chwilę, aż w końcu jeden Prominentnych Rowerzystów podzielił się myślą, którą chętnie bym ukradł, ale nie wypada, więc tylko przedstawię w rozbudowanej formie: w Warszawie, ale też w innych miastach, na rowerze jeżdżą ludzie o ponadprzeciętnej asertywności. Dla wielu z nas, jeśli nie większości, przestawienie się na rower wymagało świadomej decyzji, którą musieliśmy podjąć samodzielnie, ponieważ rowerowych wzorców w mieście jest mało. W naszym otoczeniu większość osób – w rodzinie, wśród znajomych, na ulicach, w pracy, w szkole – nie jeździ rowerem (jeśli jesteś szczęśliwym wyjątkiem – gratuluję, zazdroszczę). Jasne, szybko zrozumieliśmy, że pomysł był dobry, a efekty znakomite. Ale początki wymagały tej odrobiny siły woli.

I jeśli to prawda (proszę, jeśli się nie zgadzacie, lub macie inne doświadczenia dajcie znać!), to znaczy że wielu rowerzystów miejskich jeździ asertywnie – czyli przynajmniej od czasu do czasu bezkompromisowo, ze świadomością własnych praw, a czasem z odwagą do ich nadużywania. Odwagą zwaną też brawurą.
A może po prostu lubimy historie mrożące krew w żyłach?
3.
Zostawię Was z dwoma pomysłami.
Po pierwsze – rower sam się obroni, jeśli dać mu szansę. Dlatego nie lekceważcie nigdy inicjatyw typu Dzień Bez Samochodu, Tydzień Zrównoważonego Transportu, Do Pracy Na Rowerze Ten Jeden Raz. Wiem, że dla Was takie Dni i Tygodnie trwają znacznie dłużej, czasem cały rok. I że uważacie, że rower nie wymaga święta, żeby na nim jeździć. Ale jeśli już jeździcie, to świetna okazja, żeby kogoś jeszcze do tego namówić. On lub ona przejedzie się raz. A potem drugi raz. A potem będzie już nasz lub nasza. Pomóżcie mu lub jej zacząć. Pamiętajcie, że robicie to we własnym interesie, bo akurat badań dowodzących, że im więcej rowerzystów na drogach, tym bezpieczniej. I nie powtarzajcie mojego błędu, nie wmawiajcie nikomu, że rower wymaga heroizmu.
Po drugie – nie nadużywajcie swojej asertywności. Ktoś słucha Waszych historii z pola bitwy. I potem właśnie tak myśli – że to pole bitwy. A przecież to nieprawda, dobrze wiecie.
„G” to współczynnik, według którego oceniam miasta pod kątem rowerowym. Ta litera wzięła się od Groningen, holenderskiego miasta, w którym 57 procent podróży odbywa się na rowerze i w którym – czystym zbiegiem okoliczności – według badań Komisji Europejskiej żyją najszczęśliwsi ludzie w Europie. Groningen ma współczynnik G równy 1. Warszawę oceniam na 0,3 G. Niektórzy twierdzą, że to ocena mocno zawyżona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wybór redakcji