UlicaEkologiczna.pl
rowery

0,3 G City: Na Nowy Rok – skąd się biorą rowerzyści?

Jestem jednoosobową masą krytyczną. Nie, nie chwalę się. Użalam.
1.
Na Masie Krytycznej w Warszawie jest tak: dwa tysiące zadowolonych z siebie rowerzystów jedzie w ostatni piątek miesiąca przez miasto, w rytm muzyki puszczanej z głośników umocowanych na wielkiej pomarańczowej rikszy. W tym samym czasie pięć tysięcy ludzi w czterech tysiącach samochodów na czterdziestu skrzyżowaniach czeka aż kawalkada przejedzie. Trzystu speszonych chwilowo rowerzystów obiecuje sobie, że za miesiąc wybiorą się na Masę (spośród nich wybierze się trzech). Stu ludzi w dziewięćdziesięciu pięciu samochodach denerwuje się i klnie pod nosem. Czterdzieści babć pokazuje czterdzieściorgu wnucząt kolorowy rowerowy przejazd. Dziesięciu policjantów cieszy się, bo to lepsze niż oglądanie Legii. Dwudziestu ich kolegów jednak chciałoby na mecz. Dwóch ludzi w dwóch samochodach myśli, że gdy tylko jutro wyjedzie na miasto, to tym rowerowym faszystom pokaże. Hanna Gronkiewicz-Waltz otwiera Plac Grzybowski. Na koniec wszyscy rozchodzą się do domów.
Ale czy chociaż jedna osoba patrzy na masę i mówi sobie „Fajna sprawa, ten rower, muszę spróbować”?
Oczywiście, że przesadzam. Pewnie z jedna jest.
2.
Ostatnio znowu wdepnąłem w internetową dyskusję o wyższości roweru nad samochodem. Cieszy mnie, że to samochodziarze się tłumaczą. Ich koronnym, a w podbramkowych sytuacjach jedynym argumentem są dzieci. Dzieci trzeba odwozić do szkoły. Z tornistrem. Rzeczami na basen. Perkusją. Najczęściej z Białołęki na Mokotów.
Więc odpowiadam: rower nie służy do odwożenia dzieci z perkusjami do szkoły, podobnie jak nie służy lekarzom do dojeżdżania na wizyty domowe. Ale nie zawsze odwozicie te dzieci. Nie codziennie ćwiczą bębnienie. Ale codziennie jeździcie samochodami. Samochód to często wasz wybór, nie konieczność. Przyznajcie się do tego.
Sytuacja błyskawicznie się zaognia. Staram się być dowcipny, więc ktoś tam się zaśmieje. Ale nie bardzo. Znajduje się coraz więcej rodziców bębniących dzieci. Znajduje się jeden z drugim rowerzysta. Robi się nieprzyjemnie. Na koniec się godzimy.
Czy choć jedna osoba przysłuchująca się tej dyskusji mówi sobie „Fajna sprawa, ten rower, muszę spróbować”?
Albo piszę 0,3 G City. Teksty o tym, że rower jest fajny. Fajny zimą, fajny w ogóle. Czytają je rowerzyści. Przytakują. Ulica Ekologiczna to nie jest dobre miejsce na pisanie o tym, że rower jest fajny – bo przecież Wy wszyscy to wiecie. Moto.pl byłoby lepsze. Albo motoryzacyjny serwis Interii. Najlepszy byłby „Fakt”. Naprawdę.

Dyskusje o rowerze – w sieci, w kawiarni, czy na Masie – to często przekonywanie przekonywanych i retoryczna szermierka z nieprzekonanymi. Obie strony są silnie okopane na redutach własnych poglądów i przyzwyczajeń, swoje wiedzą. Przejścia na drugą stronę barykady są rzadkie.
Och, jakże szybko wpadłem w militarystyczną metaforykę. A przecież „wciąż staram się wierzyć, że to co widzę na drodze, to jeszcze nie jest wojna”.
3.
Ale z jakichś powodów – chyba jednak nie dzięki Masie i z całą pewnością nie dzięki mnie – rowerzystów w Warszawie z każdym rokiem przybywa. Tej zimy w grudniu jest ich na ulicach więcej niż piętnaście lat temu w maju. Infrastruktura wciąż dziurawa, o pełnomocniku do sprawach rowerowych w Ratuszu mało kto słyszał, kierowcy taksówek jakby zbastowali, ale bez przesady – a mimo to się kręci. I to coraz bardziej.
Skąd się biorą ci rowerzyści? Społeczeństwo, wiadomo, coraz bogatsze, we łbach się poprzewracało od dobrobytu, więc jeżdżą. Przypomnieli sobie, że na komunię dostali rower i że było fajnie. Przytyli trochę, chcą schudnąć. Ale to dopiero początek. Prawdziwa masa krytyczna powstaje nie na Masie Krytycznej, ani nie w awanturze na fejsie. Dziś w drodze do pracy minąłem siedmiu rowerzystów, za tydzień minę ośmiu. Przekonywanie nieprzekonanych – a przecież o to chodzi! Nie o bicie piany! – odbywa się tylko w codziennym ruchu ulicznym. Muter zawiezie swoją córkę do przedszkola, Agata zjedzie na swoim różowym singlu ulicą Dolną do pracy. To oni są ruchem. Pojedynczy ludzie jadący przez miasto w zwykłych, codziennych sprawach, zwykłymi, przeciętnymi trasami… Taka agitacja ma sens.
To jest kula śniegowa. Nie czekajcie na ostatni piątek miesiąca i dajcie spokój bezproduktywnym dyskusjom. Idźcie na rower.
I na koniec, żeby nie było wątpliwości: oczywiście, że nie jestem jednoosobową masą krytyczną. Chłopaki i dziewczyny siedzą w branży od lat.
„G” to współczynnik, według którego oceniam miasta pod kątem rowerowym. Ta litera wzięła się od Groningen, holenderskiego miasta, w którym 57 procent podróży odbywa się na rowerze i w którym – czystym zbiegiem okoliczności – według badań Komisji Europejskiej żyją najszczęśliwsi ludzie w Europie. Groningen ma współczynnik G równy 1. Warszawę oceniam na 0,3 G. Niektórzy twierdzą, że to ocena mocno zawyżona.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wybór redakcji