08.09
2014

W poszukiwaniu zdrowej i lokalnej żywności


Poszukiwanie zdrowej żywności to jak gra strategiczno-przygodowa. Cel: zdobyć warzywa, owoce, mąkę, olej. Najlepiej pochodzenia lokalnego. Najlepiej ekologiczne – bez pestycydów. Nie za drogo. Czas start.

640px-VegetablesKierunek pierwszy: sklepy osiedlowe. W warzywniaku większość towaru pochodzi z giełdy spożywczej, trudno ustalić pochodzenie warzyw, na pewno nie są eko. W niewielkim Tesco sytuacja podobna, trochę lepiej jest w Lidlu (biocytryny) i Biedronce (jarmuż!). Ale gdzie zdobyć niepryskane ziemniaki, jabłka, marchew czy buraki? W moim mieście nie ma żadnego biobazaru, a tradycyjny targ warzywno-owocowy jest trochę za daleko. Poza tym nie mam tam gwarancji, że produkty nie pochodzą z giełdy i że nie zostały standardowo skropione środkami ochrony roślin. Ach, gdyby tak móc wszystko kupić bezpośrednio od zaufanego rolnika… Jak jednak takiego znaleźć?

Rolniku, daj się znaleźć
Wydaje się, że część prawdziwych rolników podważa regułę “czego nie ma w googlach – nie istnieje”. Bo rolnicy istnieją, ale nie w internecie. A nawet jeśli już mają w sieci swoją stronę lub wizytówkę, to najczęściej niepozycjonowaną i niepojawiającą się w wyszukiwarkach. Tropienie ekorolnika to ważny etap gry – wszak jego znalezienie zbliża nas do celu. Poszukiwania warto rozpocząć od któregoś z serwisów typu Lokalna Żywność.pl (poniżej w zestawieniu więcej adresów), z tym że nie wszystkie dotyczą producentów ekologicznych. Skuteczniejsza jest metoda rozpytywania wśród znajomych. Czasem apel na fejsie “Szukam niepryskanej marchewki dla dziecka.” owocuje efektywniejszym odzewem niż godziny przeszukiwania sieci pod kątem “ekologiczna żywność/zdrowa żywność/certyfikat/warzywa ekologiczne/gospodarstwo ekologiczne”. Najcenniejszym źródłem kontaktów okazuje się być jednak przypadkowo wyklikana, niepozorna strona regionalnego Ośrodka Doradztwa Rolniczego. To tam znajduję pełną listę gospodarstw ekologicznych w moim województwie. Lista ekorolników to skarb – z niej dowiaduję się, że większość z nich uprawia zboże lub rzepak, a jedynie 3 gospodarstwa mają bardziej różnorodną ofertę. Niestety wszystkie znajdują się daleko poza moim miastem (a ja bez samochodu). Nadal więc jestem w punkcie wyjścia (czyli bez żywności).

W koopie siła
I nagle okazuje się, że gra w poszukiwanie zdrowej żywności to gra kooperacyjna. Z pomocą bowiem przychodzi kooperatywa, którą założyłam 2,5 roku temu wraz z opolskimi rodzicami. Obecnie korzystamy z oferty 3 gospodarstw ekologicznych, dzięki którym co 2 tygodnie mamy dostawy sezonowych warzyw. Kooperatywa jest super (także, a może przede wszystkim, towarzysko), choć wypada wspomnieć także o wadach. Zasadnicza to czasochłonność. Kilkanaście minut dziennie zajmuje śledzenie facebookowej grupy kooperatywnej, na której codziennie pojawiają się zapytania i propozycje wspólnych zakupów. Ktoś szuka ekoaronii, ktoś ma dojście do pomidorów i ogórków, ktoś do miodu. Ktoś inny piecze bezglutenowy chleb albo szuka wspólników do zakupów przez internet. Trzeba pamiętać o przelewach, dograć – czasem skomplikowany logistycznie – odbiór. Raz na jakiś czas koordynuję zamówienie grupy warzywnej, a to oznacza także pomoc przy odbiorze i rozdzielaniu warzyw. W sumie 1-2 godziny tygodniowo. Wada druga – oferta zieleniny jest ograniczona i uzależniona od pogody (no i sezonu). Owoców, poza truskawkami i jabłkami, nie ma prawie wcale. A ponieważ zakupy robimy raz na 2 tygodnie, trzeba zaplanować strategię spożywania. Nie warto kupować zbyt dużej ilości na zapas, bo skutkuje to marnowaniem żywności – niektóre warzywa źle znoszą przechowywanie. Pochopnie kupione kilogramy szybko więdną, psują się, trzeba wyrzucać, a szkoda. Uczę się więc planowania i przestaję zamawiać po 5 kg ziemniaków i marchewki, ograniczając się do dwóch.
Zalety kooperatywy? Warzywa są tego warte! Jest różnica w smaku i zapachu, w porównaniu z foliowanymi produktami z supermarketu. Jest też taniej niż w sklepie ze zdrową żywnością czy sklepach internetowych. Ponadto uczę się nowych smaków – oswajam topinambur, jarmuż, zakwas buraczany. Uczę się kalendarza sezonowości – że najmniej warzyw nasi rolnicy mają – o dziwo – w czerwcu. Kiedy na straganach już królują szklarniowe rzodkiewki, pomidory i ogórki, u nich na polu wciąż jeszcze nie ma nowalijek. Uczę się cierpliwości i że nie zawsze sałata jest idealna, bo grad, bo ślimaki, bo susza. Poza tym ludzie z kooperatywy są pomocni. Potrzebny zakwas? Grzybek tybetański? A może szczepka aloesu? Nie ma problemu, mówisz i masz.

TO ZADZIWIAJĄCE, ŻE ZA ŁATWIEJSZYWiem co jem
Gra w poszukiwanie zdrowej żywności ma także wymiar edukacyjny. Jak nigdy przedtem, jestem świadoma tego, skąd pochodzi jedzenie. Zgłębiam kwestie GMO, pestycydów, śladu ekologicznego związanego z transportem, Kodeksu Żywnościowego, certyfikatów ekologicznych. Czytam etykiety. Wkurzam się na przepisy zabraniające rolnikowi sprzedawać legalnie własne przetwory. Irytuje mnie absurdalny łańcuch transportowo-żywnościowy (polecam film “Autostradą na talerz” i pierwszy z brzegu przykład o ziemniakach uprawianych w Egipcie ze szkockich nasion, przysypywanych sprowadzanym z Irlandii torfem pomagającym zachować świeżość podczas transportu do Europy lub Azji). Zaczynam się interesować ogrodnictwem i permakulturą (choć balkonowe uprawy nie wychodzą, jedynie zioła dzielnie przetrwały na parapecie). Doceniam działkę rodziców, którą zawsze pogardzałam. Mało tego – marzę o własnej! Bo jedzenie nie bierze się ze sklepu ani z lodówki, jedzenie bierze się z ziemi.
A gdyby tak z konsumenta stać się producentem, a nawet prosumentem (wytwarzać dla siebie, a nadwyżki sprzedawać lub dzielić się z innymi)? Są ludzie, którzy dopiero niedawno zdecydowali się na taką drogę i eksperymentują z własnymi permakulturowymi uprawami. Na krakowskim zjeździe kooperatyw poznałam autorów Projektu MostFood. Poznajcie ich również: www.emostfood.pl. Warto popytać w swojej okolicy, czy ktoś nie zna kogoś, kto chce założyć gospodarstwo ekologiczne i wejść we współpracę, bo zaufany rolnik to największy skarb.

I na tym gra się kończy, przynajmniej dla mnie. Poszukiwania pokazały, że paradoksalnie najłatwiejszy dostęp do lokalnej żywności mają mieszkańcy dużych miast. To oni mają biobazary, sklepy ze zdrową żywnością, działki, miejskie ogrody, kooperatywy, czy internetowe warzywniaki z dostawą do domu. Albo chociaż jedną z tych opcji. Narzekać mogą mieszkańcy małych, górskich miasteczek i wsi. Oni kupują swoje warzywa w wiejskim sklepiku, gdzie wybór jest ograniczony do produktów z giełdy spożywczej. Wbrew pozorom tylko niewielka liczba mieszkańców wsi posiada gospodarstwa rolne i jest samowystarczalna żywnościowo. Z kolei na terenach górskich, gdzie okres wegetacyjny jest krótszy, dominuje hodowla zwierząt, a przydomowe ogródki mogą najwyżej urozmaicić sezonowy jadłospis, lecz nie są jego podstawą. Jednak tam też działają ekoproducenci, powstają gospodarstwa ekologiczne, czy   kooperatywy (może w tym pomóc poniższe zestawienie).

A jak wy zdobywacie żywność? Podzielcie się kontaktami w komentarzach!

Nasze typy

Wyszukiwarki lokalnej/zdrowej żywności, bazy adresów:

Kooperatywy spożywcze:
pierwsze zakupyDziałają w prawie każdym większym mieście, a w Warszawie w niemal każdej dzielnicy. Ponadto w stolicy od miesiąca działa sklep kooperatywy Dobrze (ul. Wilcza 29a), w którym można nabyć ekologiczną i lokalną żywność (członkowie kooperatywy kupują taniej). Każdy koop działa na trochę innych zasadach, z którymi warto się zapoznać przed przystąpieniem. Jest to rozwiązanie dla osób, które mają czas i lubią współpracę. Specyficznym i dopiero torującym sobie drogę rodzajem kooperatywy jest RWS (Rolnictwo Wspierane przez Społeczność), gdzie grupa osób podpisuje umowę z określonym rolnikiem i płaci mu z góry za cały rok dostaw. Takich grup jest w Polsce dopiero kilka, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby było ich więcej :-) Informacje na temat działania RWS znaleźć można tu: www.rws.waw.pl

Targi, jarmarki, biobazary, sklepy ze zdrową żywnością:

fasolkaWarzywniaki internetowe:
Zamawianie skrzynki od rolnika z dowozem do domu to coś pomiędzy kooperatywą a sklepem internetowym. Skracamy czas poświęcony na zakupy, zwiększamy koszty, czyli rozwiązanie dla osób pracujących, które cenią szybkie rozwiązania, ale zależy im na zdrowej i lokalnej żywności.

 

Artykuł: Gdzie szukać lokalnej żywności

Zdjęcia: warzywa – Wiki Commons, zakupy z kooperatywy – Bartek Pikul, fasolka – Gospodarstwo Ekologiczne Tomaszulka

W poszukiwaniu zdrowej i lokalnej żywności, 5.0 out of 5 based on 2 ratings

Olga Szkolnicka jest autorką bloga Ekomania, czyli czemu tak a nie inaczej i tłumaczką języka czeskiego.