30.03
2013

Wielkanoc – święta łagodne dla żołądka


Jak uniknąć zgubnych skutków świątecznego obżarstwa? To oczywiste: jeść mniej. Łatwo powiedzieć, znacznie trudniej zastosować się do rady.

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami, a z nią kolejna świąteczna gorączka. Znów spędzimy długie godziny w kuchni na krojeniu, siekaniu, wyrabianiu, gotowaniu i pieczeniu, a potem zasiądziemy przy suto zastawionym stole i jak zwykle zjemy stanowczo za dużo. Przez następne parę dni będziemy cierpieć za własne łakomstwo, użalać się nad sobą i obiecywać, że następnym razem już na pewno postaramy się opamiętać! Na tym w pewnym sensie polega urok świąt, w końcu na obżarstwo w pełni usprawiedliwione tradycją pozwalamy sobie jedynie dwa razy w roku. Wielkanoc jest pod tym względem szczególna – to zakończenie Wielkiego Postu, uczta mająca wynagrodzić czterdzieści dni wyrzeczeń i ogólnej wstrzemięźliwości. W kronikach historycznych widnieją opisy staropolskich dań wielkanocnych, wśród których próżno by szukać żuru czy śledzia – tym potrawom ludność wiejska urządzała tradycyjny pogrzeb, prym na stole zaś przejmowały kiełbasy, mięsiwa, słodycze i inne zakazane w czasie postu frykasy.

Świąteczna frustracja…

A dziś? Dziś nie odmawiamy sobie niczego. W tym poniekąd chwalebnym przywiązaniu do tradycji nie byłoby nic złego gdyby nie fakt, że we współczesnych czasach świąteczne obżarstwo straciło nieco swoje uzasadnienie. Naprawdę niewiele osób przestrzega teraz ściśle czterdziestu dni postu. A skoro nie pościmy i niczego się nie wyrzekamy, nie ma powodu, byśmy mieli świąteczną ucztę traktować jako nagrodę. Nie twierdzę oczywiście, że powinno się zrezygnować z tradycyjnych przysmaków, to scenariusz jak dla mnie nie do pomyślenia. Jednak skoro na co dzień jadamy mniej, również przy świątecznym stole umiar wyjdzie nam na dobre, pozwoli delektować się ulubionymi smakami bez bolesnych konsekwencji i protestów ze strony żołądka lub wątroby. Tylko jak ten osławiony i pożądany umiar zachować, gdy przed naszymi oczami piętrzą się same smakołyki: misy sałatek, półmiski wędlin, śledzików, jajek we wszelkiej postaci, baby, serniki, słodkie mazurki… Wszelkie próby ograniczenia porcji, uniknięcia dokładek czy, nie daj Boże, liczenia kalorii (fuj!) mogą skończyć się jedynie frustracją i bezpowrotną utratą świątecznego nastroju, a na to przecież nikt nie ma ochoty.

…i jedzeniowy minimalizm

Istnieją na szczęście lepsze rozwiązania. Jedno z nich sprowadza się do prostej zasady: nie piętrzyć! Jeśli zastawimy stół misami, półmiskami i paterami, bardzo trudno będzie nie sięgać po dokładki. Jeszcze jedno faszerowane jajeczko, jeszcze kawałek pysznego pasztetu, porcja (tym razem już ostatnia) ulubionej sałatki, ostatni kawałek drożdżowej baby (wiadomo, ciasto drożdżowe szybko wysycha, przecież nie może się zmarnować). I tak, nie wiadomo kiedy, zjemy trzy razy więcej niż nasz biedny żołądek jest w stanie spokojnie przetrawić. Aby uniknąć podobnej sytuacji, wystarczy do świątecznych potraw podejść nieco bardziej współcześnie, podając je w niewielkich, indywidualnych porcjach. Wbrew pozorom nie wymaga to wcale większego nakładu pracy, prezentuje się niezwykle elegancko i, co najważniejsze, pozwala naturalnie i bez frustracji kontrolować zgubne łakomstwo. Praktycznie każda świąteczna potrawa może bez szkody dla tradycji stać się inspiracją do stworzenia lekkiego dania-przekąski.

Mam nadzieję, że do własnych eksperymentów zachęcą Was przepisy, które będziemy publikować przez najbliższe kilka dni. Życzę Wam radosnych, zdrowych i smacznych świąt.

Natalia Kretowicz, projektantka i entuzjastka dobrej kuchni oraz wszelkich tematów kulinarnych. Na blogu DeliDizajn tropi związki jedzenia ze sztuką i projektowaniem.


Projektantka i entuzjastka dobrej kuchni oraz wszelkich tematów kulinarnych. Na blogu DeliDizajn tropi związki jedzenia ze sztuką i projektowaniem.