15.11
2015

Bluszczyk, ach to ty – o “Dzikiej kuchni” Łukasza Łuczaja


Pojawił się niezaproszony wśród ziół na moim balkonie. Zdobił, intrygował, obiecywał, że na pewno jest dobroczynny. W zeszłym tygodniu otrzymałam “Dziką kuchnię” Łukasza Łuczaja i już wiem na pewno: bluszczyk kurdybanek! Zawsze chciałam go bliżej poznać!

Nie jestem zielarką. Póki co, nawet nie pretenduję do tytułu, bo jedyne rozpoznawalne dla mnie zioła – oprócz balkonowych upraw – to te, które odróżniłby przedszkolak. Ale z książką Łukasza Łuczaja… Ho, ho! Przyszły rok może być już zupełnie inny. A w zasadzie… Czemu przyszły rok? Można zacząć od zaraz!

dzika kuchnia

Autor – guru

Od tego właśnie trzeba zacząć. Nie przeszłabym obojętnie obok książki, którą napisał on właśnie: Łukasz Łuczaj – autorytet absolutny w kwestii zielska. Jak Wikipedia głosi, to polski botanik, popularyzator przyrody i działacz na rzecz jej ochrony. Na tyle jednak naczytałam się publikacji w sieci, by cenić Łuczaja jako guru nie tylko ściśle botanicznego, ale i historycznego, kulinarnego oraz… socjologicznego. A przy okazji, po prostu jako dobrze piszącego autora. Nawet statystykę dotyczącą zgubnego działania Roundupu czyta się u niego jak wciągającą opowieść z dreszczykiem.”Dzika kuchnia” to zaś obszerny zielnik, książka kucharska i zbiór felietonów w jednym. Dzika radość w rzuceniu się na nią – absolutnie na miejscu.

Opowieść niesłychanie klimatyczna

To książka etnobotanika – i dla mnie to jest jej głównym atutem. Dobrze napisana książka stricte kulinarna czy też botaniczna, byłaby wartościową publikacją. Ale publikacje “tylko” wartościowe nieco mnie nudzą, a “Dzika kuchnia” – ilekroć ją otwieram – wciąga jak fascynująca fabuła. Autor umie zbudować niesamowity klimat!

Nie byłam nigdy na warsztatach Łuczaja. Ale wyobrażam sobie, że muszą one wyglądać właśnie tak, jak jest snuta jego opowieść: gawędziarsko, nieco baśniowo, czasem wręcz sensacyjnie. A to wszystko w połączeniu z morzem wiedzy na temat dzikich roślin! Jeżeli lubicie dobre opowieści z daleka i bliska bez źdźbła fikcji, które i Wy możecie współtworzyć – “Dzika kuchnia” będzie dla Was źródłem prawdziwej satysfakcji czytelniczej.

DSC_0678Opisy roślin są tak dokładne i dobrze zilustrowane, że identyfikacja nawet dla laika staje się prosta

Przewodnik zielarza

To najoczywistsze. Bez wiedzy o ziołach nie ma szansy na działanie dzikiej kuchni. Łuczaj nie mydli czytelnikowi oczu:  pierwsza dzika uczta może być ryzykowna dla zdrowia nowicjusza, gdy w smakowaniu nie zachowa niezbędnych środków ostrożności. Zarazem jednak książka napisana jest tak, by owego nowicjusza poprowadzić za rękę ku właściwym miejscom i znaleziskom.

Jako ziołowy abnegat czuję się ukierunkowana – niczym elementarzem. Już na wstępie nie brak żadnej z wyraźnych wskazówek: dlaczego warto jeść, jak konkretnie jeść, no i najważniejsze: kiedy i czego poszukiwać. To ostatnie upewniło mnie, że zawsze jest coś do zebrania. To tylko wstęp, ale wiadomości w nim bez liku.

Potem osiemdziesiąt roślin, jedna po drugiej. Jak sam autor stwierdza, to najpospolitsze i najwartościowsze zarazem rośliny jadalne naszego kraju. O każdej z nich z osobna dowiadujemy się: gdzie jej szukać, jak ją rozpoznać i z niczym nie pomylić, jak właściwie wykorzystać. Wszystko czytelnie zilustrowane. A potem one: przepisy!

Książka kulinarnego odkrywcy

By najbardziej zachęcić do zawartości kulinarnej “Dzikiej kuchni”, powinnam zasypać Was doniesieniami o potrawach, które już sporządziłam i rodzina cała się nimi zajadała. Ale byłaby to bzdura – odkrywanie dzikiej kuchni dopiero przede mną. Do kuchennych eksperymentów dojdzie na pewno, bo potraw jest tyle i to tak różnorodnych, że każdy znajdzie coś dla siebie: i roślino- i mięsożerca, i wielbiciel kuchni lekkiej, i zawiesistych konkretów. To kuchnia osadzona w pierwotnej tradycji, wykorzystująca pradawne odkrycia człowieka, który miał do jedzenia tyle, ile nazbierał lub upolował. Nie jest zatem nakierowana na konkretną opcję wyboru diety. To jadło człowieka, który wykorzystuje to, co natura mu daje.

Mi natura podarowała bluszczyk kurdybanek. A że Łukasz Łuczaj proponuje go m.in. w jesiennej zupie. Smakowicie zilustrowana na zdjęciu Karoliny Hebdy, której fotki jedzenia to niesamowity atut “Dzikiej kuchni”… Hmmm… tak, moja rodzina niedługo zakosztuje gęstej, żółtej od curry zupy, z zawartością ziela-samosiejki z naszego balkonu!

DSC_0682Propozycje zastosowania konkretnych ziół – tyle możliwości, że każdy znajdzie wśród nich coś dla siebie!

Gawędy o człowieku i naturze

Jak wspomniałam na wstępie, “Dzika kuchnia” nie jest stricte praktyczną książką. Chwała autorowi za to! I mądrość autora w tym – dzięki felietonom, którymi przeplótł zielnik i książkę kucharską, wzbudza w czytelniku tęsknotę za dobroczynną dzikością. Poczynając od pierwszego felietonu zatytułowanego prowokacyjnie: Dzikie jest złe, ukazuje wykorzenienie współczesnego człowieka, który zatraciwszy kontakt z naturą, uzależnił się całkowicie od asortymentu sklepowego, zupełnie nieświadom bogactwa deptanego po drogach.

To felietony, zatem nie brak w nich czysto osobistych wyznań autora, dzięki którym możemy poczuć się z nim bliżej. Dodajmy, że wszystko to w tonie dalekim od wyniosłości czy dydaktyzmu – Łuczaj nie jest nadętym swym wiedzą wykładowcą, on opowiada o swoich doświadczeniach i odkryciach, o dochodzeniu do pewnych etapów. To lubię.

Podsumowując

“Dzika kuchnia” to książka do wielokrotnych powrotów. Powoli przyswajam nową wiedzę, zatem dla mnie to pewnie lektura do końca życia. A na pewno na tak długo, jak długo będę w stanie się włóczyć po polach, lasach, łąkach… i uprawiać zioła na balkonie. Nigdy nie wiadomo, co wiatr przywieje. A, przepraszam – z Łuczajem wiadomo.


Ekoprowincjuszka, która ciągle uczy się czegoś nowego. Gdy się zmęczy, ucieka na rower albo do lasu.