23.02
2016

Ostatnie dziecko lasu – o czym myślałam czytając?


Mój świat jest betonowy. Z przodu blok, z tyłu blok, z boku żuraw – zaraz powstanie kolejny blok. W betonowym świecie żyję na co dzień, w betonowym świecie dorasta moje dziecko. Na studiach to mi nie przeszkadzało – chłonęłam wielkomiejskie życie, choć zawsze kochałam przyrodę, nie byłam obojętna wobec cierpienia zwierząt. Prawdziwa tęsknota za naturą doszła do głosu, gdy miałam dać nowe życie. I to w związku z mym macierzyństwem sięgnęłam po książkę “Ostatnie dziecko lasu”.

Kobieta oczekująca dziecka zwalnia tempo, wiele rzeczy przewartościowuje, zmienia spojrzenie na wiele spraw. Wiele też planuje. Nigdy nie zakładałam, że moje dziecko w wieku 5 lat będzie władać trzema językami i uczyć się gry na flecie, fortepianie i skrzypcach. Zawsze jednak chciałam, by mimo mieszkania w „betonowym świecie”, miało częsty kontakt z przyrodą.

Dlatego po zapoznaniu z recenzjami “Ostatniego dziecka lasu”, zakupienie tej książki było decyzją dość oczywistą.

DSC_0212Oto książka

 

Kiedyś wszyscy byliśmy “dziećmi lasu”

Jeżeli tak jak ja, mieliście szczęście spędzać choć część dzieciństwa poza miastem, zrozumiecie najlepiej wszystko o czym piszę. Lektura “Ostatniego dziecka lasu” cofnęła mnie w przeszłość, bym mogła przypomnieć sobie, kiedy jako dziecko byłam najszczęśliwsza.

I bez sugestii autora doszłam do wniosku, że najmilej i najbardziej szczegółowo wspominam chwile dzieciństwa właśnie spędzone na wsi. Próbowałam sobie przypomnieć, w co bawiłam się w domu, zimą… Daremnie. Parę mglistych wspomnień się pojawiło, jednak nie dało się ich nijak porównać do tych związanych z wakacyjnymi szaleństwami na wsi.

Sklepy dziecięce nie oferowały kompletów serwisów do zabawy. I to zupełnie nie było potrzebne! Wszystkie niezbędne rzeczy można było znaleźć na podwórku. Z gliniastej ziemi wycinałam ciastka, z liści robiłam sałatki. Jako sztućce świetnie sprawdzały się różnych rozmiarów patyczki.

Ile wyobraźni trzeba było użyć, by znaleźć zamiennik wszystkiego na podwórku? Wtedy się o tym nie myślało, wtedy miało się dziką frajdę! Do dziś pamiętam, jak bardzo głodna szłam na obiad, a uświadamiałam to sobie dopiero, gdy ciocia podawała obiad.

Kto by wcześniej myślał o jedzeniu? Zresztą, jeżeli zgłodniałam, zawsze mogłam pobiec na grządki i najeść się owocami prosto z krzaka. Nie było martwienia się o pestycydy czy zanieczyszczenia. Jabłko zabrane spod drzewa oceniane było jako zjadliwe, gdy nie było na nim kurzej kupy. W myśl zasady „brudne ciągnie do brudnego”, przecierałam je bluzką. Zawsze z nadzieją, że brud z jabłka przeszedł na bluzkę, a nie odwrotnie.

Jak chodziłam ubrana? Nie mam pojęcia. Biorąc pod uwagę charakter zabaw, prawdopodobnie cały czas byłam brudna. Wyobrażacie sobie dziś dziecko w brudnej bluzce w centrum handlowym?

billede-5Oto wspomnienie

 

Jeżeli dla współczesnego dziecka takie doznania są niedostępne…

Tak, moje dziecko nie będzie miało tak barwnych i szalonych wspomnień z dzieciństwa. Nie chcę jednak, by rosło myśląc, że mleko bierze się z kartonu. Starannie wybierałam więc lektury, na spacerach zawsze pokazuję wszystkie napotkane żyjątka – od ślimaków po ptaki. Tej wiosny zamierzam zaś zakupić album i wraz z moją pociechą prowadzić zielnik. Kupię lupę i wspólnie będziemy penetrować łąki. Za rok może lornetka i będziemy bawić się w ornitologów? Czas pokaże.

I to właśnie lektura „Ostatniego dziecka lasu” dała mi niesamowitego kopa, żeby działać. Jej autor udowodnia, że wszystko się da, trzeba tylko chcieć. Lektura była chwilami ciężka i nieco mnie nużyła. Ale ujęta jestem jej przekazem o ponadczasowej przewadze przyrody nad technologią, która jest tak istotna w rozwoju dziecka.

Konkrety? Oddam na moment głos autorowi:

Sebastiano Santostefano, dyrektor Instytutu Rozwoju Dzieci i Młodzieży, posiada terapeutyczny ogród. Twierdzi on, że przyroda ma moc kształtowania psyche i może pełnić ważną rolę w terapii dzieci po traumatycznych doświadczeniach. Zaobserwował, że w trakcie zabawy na wolnym powietrzu, na brzegu rzeki, czy wśród drzew, dzieci pracują nad swoimi problemami.

Robin Moore, specjalista od projektowania przestrzeni służących do zabawy i nauki, pisał, że otoczenie przyrody jest niezbędne do prawidłowego rozwoju dziecka, ponieważ pobudza wszystkie zmysły i stanowi pomost między swobodną zabawą a formalną nauką. Według Moore’a doświadczanie przyrody przez wszystkie zmysły, pomaga w tworzeniu  “modeli poznawczych niezbędnych dla ciągłego rozwoju intelektualnego” i stymuluje wyobraźnię poprzez dostarczanie dziecku materiałów i przestrzeni dla czegoś, co nazywa dziecięcą „architekturą i artefaktami’.

“Naturalne przestrzenie i materiały stymulują nieograniczoną wyobraźnię dziecka i wspomagają jego pomysłowość i inwencję twórczą, co można zaobserwować w niemal każdej grupie dzieci bawiących się w otoczeniu przyrody.”

Można argumentować, że komputer z jego nieskończonymi możliwościami programowania jest największą kolekcją części swobodnych w historii. Jednak kod binarny jest złożony tylko z dwóch elementów 1 oraz 0 – a przez to ograniczony. Przyroda, która działa na wszystkie zmysły, pozostaje najbogatszym źródłem części swobodnych.

Autor wspomina wielokrotnie, jak kontakt z przyrodą może wpływać na rozwój umiejętności twórczych u dzieci – wszystko w zgodzie z teorią: uczenie się przez doświadczenie. Zachęca do wyciągania dzieci z domów bez względu na warunki pogodowe, do przejścia od wideofilii do biofilii – żegnajcie ekrany, witajcie żywe organizmy! Pasja nie bierze się z obejrzenia kasety wideo i nie jest nagrana na CD. Pasja jest osadzona w osobistym doświadczeniu.

W 2008 roku amerykańskie miasto Rochester ogłosiło wyniki plebiscytu na zabawkę wszech czasów. Jak myślicie, co wygrało? To był ponadczasowy i kultowy… patyk. Czy trzeba komentować?

ostatnie-dziecko-lasu2Oto inspiracja do działania

 

Wrażenia po lekturze?

To obszerna lektura o genialnym przekazie. Szkoda tylko, że większość treści dotyczy mieszkańców Ameryki. Ujął mnie jednak bez reszty genialny rozdział zatytułowany ” 100 razy działanie”. Autor podaje w nim konkretne przykłady wcielania biofilii w życie.

Znów oddam mu głos:

  •   pamiętaj, że przyroda to lekarstwo na stres. Wszystkie korzyści zdrowotne, których doświadcza dziecko w kontakcie z przyrodą, staną się też udziałem dorosłego, który zabiera dziecko na łono przyrody,
  • opowiedz dziecku o swoich wyjątkowych, dzikich miejscach z dzieciństwa. A potem pomóż mu odkryć jego własne: stertę liści pod wierzbą rosnącą w waszym ogródku, rów za domem, łąkę w środku lasu, zakręt strumyka,
  • pomóż dziecku odkryć ukryty świat – weź starą deskę i połóż ją na gołej ziemi. Wróćcie tam po kilku dniach, podnieście deskę i sprawdźcie, ile zamieszkało pod nią stworzeń. Spróbujcie je zidentyfikować przy pomocy przewodnika terenowego,
  • zachęć dzieciaki do biwakowania w ogródku. Kup im namiot, albo pomóż rozbić tipi z materiału i zostawcie je tam przez całe lato,
  • obserwujcie chmury, stwórzcie podwórkową stację meteorologiczną. Do obserwacji chmur nie potrzeba specjalnego obuwia ani wypadu na boisko do piłki nożnej. Niezbędny jest tylko widok na kawałek nieba. Ja do dziś to robię, do dziś lubię doszukiwać się kształtów, postaci, zwierząt w chmurach.
  • czytaj na dworze. Ci, którym zależy na przyrodzie, często przywołują książki przyrodnicze jako ważne źródło inspiracji w dzieciństwie. Czytanie pobudza ekologię wyobraźni, a zwłaszcza jeśli oddajemy mu się na dworze, na przykład w domku na drzewie. Poszukaj przyrodniczych książek przygodowych
  • stwórz własne zabawy przyrodnicze. Jedna z mam proponuje: „Pomagamy dzieciakom skupić się podczas dłuższych wędrówek, grając z nimi w “znajdź dziesięć stworów’” – ssaków, ptaków, gadów, ślimaków czy innych stworzeń. Znalezienie stwora to także odkrycie jego tropów, kopców kreta i innych śladów pozostawionych przez przechodzące albo zamieszkujące tam zwierzę,
  • wybierzcie się na nocną wyprawę na ćmy. ” Zmiksuj ze sobą przejrzałe owoce, skwaśniałe wino lub piwo (albo sok, który był otwarty za długo) i substancję słodzącą (miód, cukier albo melasę). Wyjdźcie na dwór o zachodzie słońca. Pomalujcie tą obrzydliwą masa przynajmniej z pół tuzina drzew, albo niemalowane i niezabejcowane drewno. Wróćcie w to samo miejsce z latarką, kiedy będzie już zupełnie ciemni i sprawdźcie co też udało wam się zwabić. W zależności od pory roku będzie to kilka ciem oraz mrówki, czy inne owady.

Czy nie genialne?

Jak wspomniałam, książka dała mi mocnego kopa inspiracji. Dlatego postanowiłam zrobić coś z tym więcej – nie ograniczać wpływu tego pozytywnego przesłania jedynie do działań z własnym dzieckiem. Jeżeli mieszkacie w Krakowie bądź okolicach i macie ochotę wraz ze mną stworzyć społeczność, której działania będą skupiały wokół wyżej opisanej tematyki, zapraszam do kontaktu mailowego afterkorpo@gmail.com. Mam kilka pomysłów i chętnie w grupie wdrożyłabym je w życie.

Jak wspominałam, macierzyństwo kazało mi przewartościować wiele rzeczy i dało asumpt do powrotu ku naturze, a mieszkam w mieście – dlatego uważnie patrzę, jak obok placu budowy rosną zioła, a na drzewie obok siedzi srocza rodzina, jak obok budki z fastfoodami w niedużej kuchni rośnie domowej roboty chleb, kiełkują kiełki, rosną zioła i powstają naturalne kosmetyki. Dlatego sama stworzyłam blog będący moją maleńką zieloną wyspą otoczoną betonowym światem – chcecie na nią zajrzeć? Serdecznie zapraszam: KLIK!


Uciekła z terenów zielonych do wielkiego miasta, po to, by po kilku latach zatęsknić za naturą. W wolnych chwilach poza marzeniami o domu z werandą na skraju lasu prowadzi bloga After Korpo w którym udowadnia, że będąc miejskim korpoludkiem można żyć w miłości i poszanowaniu do przyrody. Miłośniczka tradycyjnej, zdrowej, lokalnej kuchni i filozofii Huny. Wiedzę czerpie z książek, a także z obserwacji przyrody, rytmów natury i swojej małej córeczki.