06.03
2016

Śmiertelna powaga minimalizmu? Nie, radość!


Czy minimalista to nudziarz i smutas? Przeglądając czy to zagraniczne, czy polskie blogi o minimalizmie, można odnieść wrażenie, że minimalista to twór odlany według jednej przeraźliwie poważnej sztancy: odziany w czerń i biel (szczyt szaleństwa: szarość!), spokojny i opanowany osobnik, który wyrzekłszy się marności tego świata, aspiruje do bycia mentorem. Co za nuda… Dla mnie minimalizm to nic innego jak czysta radość!

A z czego się tak cieszyć, zapytacie? Z czasu na przyjemności, to oczywiste! Poniżej tylko parę przykładów na radość z czasu odzyskanego:

  • Posiadając mniej rzeczy, zamiast pół dnia sprzątać, możemy odzyskany czas przeznaczyć na rozmowy, czytanie książek czy dłuższe spacery.
  • Uproszczając zawartość szafy, zyskujemy zwiększenie tempa wyjścia – szykowanie się zajmuje minut pięć zamiast dwudziestu.
  • Kogo nie cieszyłoby zwiększenie sumy na koncie? Nie kupując tyle, ile mieliśmy w zwyczaju wcześniej, kupujemy lepiej i z głową.
  • Spacery po centrach handlowych zastąpione zostały spacerami po parku, czas zmarnowany w internecie – spędzamy teraz z bliskimi.
  • Rodzinne śniadanie spożywamy przy muzyce, za którą od dawna tęskniliśmy, nie przy jazgocie telewizora, który nas tak często irytował.
  • Nasze mieszkanie stało się większe – po odgruzowywaniu, można było się pozbyć szafki na przydasie.

 

walk-1031039_640Odzyskany czas na spacery – co za cudowny przywilej!

Czy znacie uczucie ulgi po pierwszym wielkim sprzątaniu? Ulgę i spokój, które wypełniają po wyniesieniu wszystkich rzeczy, które tak naprawdę były niepotrzebne? Kojarzycie błogi stan pławienia się w poczuciu dobrze wykonanej roboty?

To wszystko czysta radość! Nagle zrobiło się więcej miejsca, szafkę można już otwierać bez strachu przed tym, co w niej ujrzymy i co nam spadnie na głowę. Nie trzeba już przekładać miliona pierdółek przy wycieraniu kurzu. A uczucie towarzyszące wstrzymaniu się z zakupem kolejnej białej koszuli, chromowanego gadżetu czy aniołka do kolekcji? Duma? Zadowolenie?

A może właśnie radość?

Bycie minimalistą to frajda, a nie umartwianie się!

Mamy mniej – czy szczęśliwsi bylibyśmy gromadząc? Znakomita większość z nas już to testowała i miała dość.

A co, jeśli lubimy kolorowe ubrania? Ups! Czy to skreśla nas z listy minimalistów? A może mamy trochę więcej niż 100 przedmiotów w domu? Nie bądźmy śmieszni. Kanon przykazań obowiązkowych minimalisty nie istnieje!

Minimalizm, prostota, optymalizm, slow life to bardzo podobne określenia, często stosowane wymiennie, obejmujące trochę inne aspekty życia, ale dążące do tego samego, by nasze życie było świadome, niezagracone, przyjemne. A skoro przyjemne – to i radosne. Cieszmy się więc tym minimalizmem, jeśli według jego zasad założyliśmy żyć.

I nie traktujmy oczyszczania przestrzeni jako przykrego obowiązku, nic na siłę! Rzecz w tym, by było radosne dążenie do porządku w otoczeniu i w głowie. Darujmy sobie poczucie winy, jeśli po drodze zdarzyły nam się wpadki typu impulsywne zakupy czy zachomikowane przydasie.

Zmiana stylu życia i zmiana myślenia to proces wymagający pracy. Rzecz w tym, że ta praca jednak daje niesamowite rezultaty. Odkrywajmy je i cieszmy się nimi.

Moja droga do minimalizmu ma oblicze radosne – jeżeli chcecie je bliżej poznać, serdecznie zapraszam Was na mój blog: KLIK!


Na co dzień - tłumacz i lektor hiszpańskiego, po godzinach - autorka bloga Droga do minimalizmu, na którym dzieli się swoimi doświadczeniami z upraszczaniem życia. Upodobaniem do prostoty i posiadania mniej zaraża nie tylko czytelników, ale także męża i córeczkę, którzy wspierają ją na wyboistej, ale radosnej drodze do minimalizmu.