30.09
2015

Szkoła je zdrowo od września – naprawdę?


Około 70% dzieci z podstawówki nie umie zrobić skłonu dotykając podłogi bez uginania kolan. Większość z nich jako ulubione menu wskazuje pizzę, colę oraz chipsy jako przekąskę. Nie lubią zajęć wf, do domów wracają często odwożone samochodami i tak naprawdę wolą PlayStation niż rower. Zmiana menu w szkole? To tylko szczyt góry lodowej do skruszenia jeżeli chodzi o kondycję naszych dzieciaków. A jednak wyzwanie zostało podjęte. Jak idzie w praktyce?

Tu i ówdzie niosą się zatrważające wieści . Z solniczkami w roli głównej, które mamy pakują cichcem do tornistrów, by dzieci mogły dosolić sobie stołówkowy obiad. Nieposłodzone kompoty wylewa się do zlewu, a nietknięte zawartości talerzy wędrują do odpadów. Właściciele szkolnych sklepików zaś załamują ręce i… zwijają interesy.

Można zadawać sobie dwa pytania: czy przepisy nie są zbyt ostre? Oraz: jak bardzo źle musiało być, skoro opór wobec zmian jest aż tak wielki?

Szkolne stołówki – wielkie poletko dla biznesu

Wielki biznes, jakim są szkolne stołówki, przyciąga przedsiębiorczych. Niestety, jak zwykle głównym ich atutem są proponowane szkole oszczędności. Te zaś czyni się zawsze kosztem jakości. Dlatego i tu niespodzianek nie było: kluczem do sukcesu w podboju szkolnych stołówek była mocno przetworzona żywność. Nic zatem dziwnego, że pozbawienie stołówkowego menu zwykłej porcji polepszaczy smaku, uderzyło w odczucia konsumentów o podniebieniach nastawionych na sztucznie podbitą moc doznań. Wyjałowienie smaków potraw potraktowanych jedynie naturalnymi przyprawami, wzbudza opór i niechęć. Co przykre, jest to opór zjednoczonych sił: uczniów, rodziców, nauczycieli i personelu stołówek.

Szkolne sklepiki – bez batonika, soczku i chipsów

Sprzedawcy załamują ręce. Bo przecież po to właśnie, a nie po kanapki z dodatkiem warzyw ustawiały się kolejki. Wielu z nich już spasowało. Jeżeli młodszy uczeń nie dostanie już cukierków po 10-20 groszy sztuka, a ten starszy traktuje nowe przepisy jako zamach na swą wolność, nie ma co liczyć na kolejki, nawet w czasie dużej przerwy. Dla kilku uczniów zaś sklepu nie warto prowadzić. Czy to oznacza, że niezapakowanie dziecku do szkoły śniadania skaże je na dzień głodówki, bo nie będzie miało gdzie kupić jedzenia?

Rzeczywiście od września nastąpił masowy eksodus ajentów sklepików. Nie chodzi tylko o ich niechęć w dostosowaniu się do zmian. W sklepach i hurtowniach trudno znaleźć produkty spełniające normy – mówi ajentka jednego z działających szkolnych sklepików w Trójmieście. – Kiedy już udało się nam ustalić, co w świetle przepisów moglibyśmy sprzedawać dzieciom, okazało się, że hurtownie są z tych produktów dosłownie “wyczyszczone”. Wśród polskich jogurtów owocowych znaleźliśmy jeden spełniający normy. Śliwkowy z błonnikiem. Za to odpowiadającego wymogom jogurtu litewskiej firmy, która nie ma w Polsce przedstawiciela, nie można kupić w hurtowniach. W sklepach jedno jego opakowanie kosztuje 4 zł. Jeśli wystawię to w sklepiku za więcej, nikt tego nie kupi. Ratujemy się serwując jogurt naturalny z dodatkami: świeżymi owocami czy orzechami. (źródło: trojmiasto.pl).

Powyższa wypowiedź zwraca uwagę na słabości szlachetnej w założeniach reformy: zbyt wielki pośpiech. Zapotrzebowanie na zdrowsze produkty szybko się wypełni – rynek nie znosi próżni, zatem znajdą się producenci, którzy zaczną produkować zdrowe produkty do wypełnienia sklepikowych półek w szkołach. Tylko czy będzie jeszcze co wypełniać?

Czarny rynek batonikowy

Jak wygląda zatem sytuacja w oczyszczonej ze śmieciowego jedzenia szkole? Nie do tak jak zamierzano. Z sytuacji na pewno zadowolone są sklepiki mieszczące się w pobliżu szkół. Wyprawy na nielegalu po zakazane słodko- i słoności oraz zakupy dokonywane przez uczniów przed rozpoczęciem zajęć, na pewno zwiększyły ich obrót. Co zaś szczególnie niekorzystne, korzystają przedsiębiorczy uczniowie, którzy zajmują się nielegalną sprzedażą łakoci tym mniej zaradnym. Nie o to chodziło.

Sytuacja patowa?

Ogólny odbiór reformy żywieniowej w szkole jest zatem bardzo niekorzystny. Dlaczego? Nie tylko z powodu jej zbyt pospiesznego przeprowadzenia. Sedno tkwi w czym innym: nie widzą sensu w zmianach rodzice i nauczyciele, którzy we własnych domach preferują niezdrową kuchnię.

Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Cud w postaci gremialnej zmiany diety dzieci nie nastąpił. Czy to jednak oznacza, że można machnąć ręką na tę próbę i pogodzić się ze słodyczami przemycanymi nieoficjalnie? Niekoniecznie. Trzeba jednak,jak wieki temu śpiewał zespół VooVoo, “wielkiej floty zjednoczonych sił”.

eat-547511_1280Ułożenie tej układanki jest trudne, ale możliwe…

  • Nauczyciele.

Tak, moja córka w poręcznych opakowaniach przynosi do domu rzodkiewki, marchewkę, borówki, a ostatnio jabłko. Szkoła uczestniczy w specjalnym programie propagującym zdrowe żywienie. Tylko jak to konkretnie wpływa na dzieci? Co dzieje się z otrzymanymi warzywami i owocami? Czy któreś z dzieci zjada je w szkole? Czy raczej wszystkie, jak moja córka, przynoszą je do domu? Jeżeli cała akcja ogranicza się do takiej właśnie postaci, na ile coś w ogóle zmieni?

Mój syn w przedszkolu ma inną akcję. Rozpisany jest specjalny grafik, każde dziecko po kolei przynosi trzy świeże produkty, wybrane owoce i warzywa. Potem dzieci aktywnie z nimi działają, szykują sałatki i entuzjastycznie je zjadają – jest z tego wiele frajdy i rzeczywisty pożytek.

Na czym polega różnica? Na odfajkowaniu realizacji programu i na faktycznym zaangażowaniu. Tak wiele zależy od postawy nauczyciela i jego wiary w to, co robi. Jeżeli akcję przeprowadza jak zło konieczne albo po prostu ją pomija, trudno oczekiwać od uczniów, by angażowali się bardziej niż ten, kto ma być ich przewodnikiem i mentorem.

Kto mobilizuje zaś kadrę w szkole? Oczywiście dyrekcja. Na miesiąc po wprowadzeniu wielkich zmian, wszystko wskazuje, że reformę zaczęto od niewłaściwej strony. Najpierw potrzeba by było wielkiej edukacji kadry nauczycielskiej, przygotowania nie rzeczowego a metodologicznego. Cóż bowiem po wiedzy, jeżeli nie umie się użyć narzędzi?

  • Ajenci sklepików szkolnych

Czy ich masowe rezygnacje z prowadzenia szkolnych sklepików nie są zbytnim pójściem na łatwiznę? Owszem, łatwo nie jest, ale czy wyzwanie w postaci sprzedaży dzieciom zdrowej żywności jest zbyt dalekosiężne? Są przykłady świadczące o tym, że prowadzenie z sukcesem szkolnego sklepiku bez śmieciowego asortymentu, nie jest wyzwaniem rzędu polowania na jednorożca.

W mediach głośno o sieci sklepików firmy yemyem.pl z Trójmiasta. Właścicielki czterech sklepików udowadniają, że sprostanie postawionym przez Ministra Zdrowia zadaniom jest możliwe. Z powodzeniem sprzedają wodę, soki, musy i koktajle mleczne. Okazuje się też, że uczniowie zajadać się mogą waflami ryżowymi, sucharkami, chrupkami kukurydzianymi czy ryżem preparowanym. Pomysłowość i inicjatywa prowadzących firmę dwóch Mart są naprawdę inspirujące. Zaprzyjaźniona piekarnia piecze dla nich specjalne ciastka owsiane z miodem, a pokrojone owoce podane w jednorazowym kubku, właścicielki przygotowują same. Zamiast biadolić nad konkurencją ze strony okolicznych sklepów, trudnymi wymaganiami ustawy, która nie dopuściła do sprzedaży nawet produktów na bazie stewii czy ksylitolu, firma yemyem.pl prowadzi w szkołach zajęcia ze zdrowego odżywiania czy odżywiania dzieci. Czyli – da się.

  • My, rodzice

Tak, to bywa wyzwanie. Piszę to ja, matka córki niejadka, która otrzymaną dziś w szkole porcję warzyw i owoców wręczyła mi z oznajmieniem: mamo, mam coś dla ciebie! Piszę to ja, matka w rodzinie, dla której pitrasiłam dziś zdrową zupę dyniową po to, by mąż skubnął z grzeczności, córka siedziała nad nią dwie godziny, obficie zasypując groszkiem ptysiowym, dzięki któremu w ogóle ją połknęła. Syn nie zjadł w ogóle. Mogę to jakoś przełknąć, bo był po zdrowym obiedzie w swym przedszkolu. Jakkolwiek to zabrzmi przygnębiająco, moje dzieci lubią najbardziej na świecie frytki. Córka życie oddałaby za czekoladki, którymi zasypują ją dziadkowie.

Często to właśnie oni nie ułatwiają nam życia przemycając po cichu słodkości. Bywa, że starania potrafi pięknie storpedować nasza druga połowa, z którą współpraca wymaga sporej porcji negocjacji i łagodnych perswazji.Bywa, że trzeba uderzyć się w pierś samemu – ja np. przez większość życia jadłam średnio zdrowo. Jeżeli jednak zależy mi na tym, by dzieci moje były zdrowe i szczęśliwie doczekały narodzin swych wnuków, nie mogę im tego udaremniać. Zmieniłam swą dietę, bo wiem, że kropla drąży skałę, a małymi krokami da się wiele zdziałać – moja rodzina nie ma pojęcia jeszcze, jak już wiele rzeczy zdrowych niepostrzeżenie je. To, czego zakamuflować się nie da, kosztuje często krew, pot i łzy.

Cena jest tego warta.


Ekologią żywo zainteresowana z wielu powodów, pośród których aspekty ekonomiczne są szczególnie znaczące.