02.11
2015

Biegam, bo muszę


Czytam najgorszą książkę świata – tak odpowiadałam od miesiąca na pytanie, co robię, co czytam. A naprawdę próbowałam ją zignorować, udawałam, że nie istnieje. Aż o recenzję upomniała się naczelna Ulicy Ekologicznej… OK, przejrzę przynajmniej do połowy i zobaczę, co dalej – uznałam i otworzyłam tam, gdzie ją porzuciłam, czyli po drugim rozdziale.

Bieganie. Nie poznasz już innych wtajemniczeń. To wszystko. Masz przepis, najprostszy z możliwych algorytm, żeby posiąść moc. Gdyby takim językiem Pepsi Eliot napisała całą „Biegam, bo muszę”… Ale nie napisała. Jej oczytanie, obycie i erudycja przez blisko 140 stron tryskają na boki, kompletnie nieujarzmione. Szyk przestawny, spiętrzone epitety, metaforyka, luźne skojarzenia wplatane w całoakapitowe zdania – brzmi pociągająco i bardzo artystycznie, w liceum po przeczytaniu takiego opisu rzuciłabym się natychmiast do księgarni. Jednak taka ekspresja stanowczo nie ułatwia lektury. Autorka jest blogerką, doskonale zorientowaną zarówno w rzeczywistości hipsterskiej, jak i w klasycznej literaturze. I wszystko to pakuje w swój monolog jednocześnie metodą bezwładnego położenia się pod chaotycznym kłębowiskiem idei i patrzenia, co z tego wyniknie.
Bo w końcu „Biegam, bo muszę” przeczytałam całą, i to z przyjemnością. Gdy pogodziłam się z wyzwaniem formalnym i przestałam czytać tasiemce-nie-zdania dwukrotnie, znalazłam sens. Witarianizm, tłuszcze trans, miejsce kobiety w rzeczywistości, kwasy omega trzy, łapanie dystansu do świata, weganizm, ignorowanie konwenansów, kazeina, sprawne ciało, moc do odnalezienia w sobie i nigdzie indziej, bycie tu i teraz, nie w przeszłości ani w przyszłości – tematy powracają, zazębiają się i całkiem nieźle współgrają.
Mniej więcej w dwóch trzecich książki wyłania się fabuła: dziewczynka, od zawsze z nadwagą i silną nerwicą lękową, w wieku 44 lat budzi się rano i odkrywa, że – zacytuję – “Przez te wszystkie dziadowskie sensu stricto lata dokładnie obok właściwego istnienia, kongruentnie się wlokłam i ani trochę ta wegetacja z prawdziwą, coś wartą egzystencją, się nie zazębiła.” Tego samego dnia rzuca ją długoletni narzeczony. Czas na Zmianę. Bohaterka kupuje rower, znajduje pracę, zapisuje się do fitness klubu. Decyzje te biorą się jakby spoza niej, ale nie odrzuca ich, tylko bierze, przytula i korzysta z nich najpełniej, jak się da. Resztę doczytajcie sami, ja powiem tylko, że druga część książki jest właściwym wywodem o bieganiu. Nie znajdziecie tu jednak porad ani informacji technicznych, bo plan jest psychologiczny – o tym, jak z osoby przerażonej i kongruentnie wlokącej się wyłania się ktoś pełen życiowej energii, mający wpływ na swoje życie, z nerwicą włącznie. Co ciekawe – w tym miejscu książki język normalnieje, monolog się porządkuje, całość jest zwarta, sprawna i zaczyna… biec.
Czy to zamierzone? Że większość książki zalękniona bohaterka posługuje się wymuszoną narracją, a gdy znajduje haka na życie, nareszcie wypowiada się zrozumiale? Nie wiem, ale nawet jeśli nie, autorka może śmiało mówić, że to zabieg artystyczny, który odzwierciedla przemianę bohaterki. Pytanie, czy każdy przebrnie przez 140 stronic chaosu.
Biegam od kilku miesięcy i to, co pisała Pepsi o potencjale medytacyjnym biegania, o mierzeniu się ze sobą samą, o długodystansowym budowaniu wewnętrznej mocy, było mi bardzo bliskie. Przy opisie przeżyć towarzyszących przebiegnięciu maratonu zaczęłam mlaskać z radości. Skoro najistotniejsze wrażenia mamy zbieżne, nie mogę się już doczekać dystansu 42 km 150 m… I właśnie wtedy książka się kończy. A ja jestem najbardziej ciekawa właśnie tej przemiany.
Po więcej można zajrzeć na bloga Pepsi Eliot. „Biegam, bo muszę” otrzymała nagrodę internautów w plebiscycie wortalu literackiego Granice.pl w kategorii Najlepsza książka na lato.

Pepsi Eliot, Biegam, bo muszę, czyli monolog kobiety, która postanowiła coś w swoim życiu zmienić, WFW, Warszawa 2013.

Biegam, bo muszę, 4.5 out of 5 based on 12 ratings

Zawodowo czyta i pisze, a w wolnym czasie pisze i czyta. Lubi spanie, śnienie, kawę, wodę i świt.