11.03
2011

Ekomeeple: ekologia w planszowych decyzjach 3


Odcinek 3: Wspólna radość w Shadows over Camelot

Shadows over Camelot jest najlepszą metaforą ekologiczną ze wszystkich gier planszowych w tym cyklu, bo wygrywają lub przegrywają w niej wszyscy. Za pomocą tej gry sprawdzimy, czy takie zwycięstwo cieszy równie bardzo, co indywidualne. Może to mieć znaczenie w ekologii, bo radość wydaje się istotną motywacją do działania.

Grę opracował w roku 2005 Bruno Cathala. Dostępne jest tylko angielskie wydanie. Przeznaczona jest dla od trzech do siedmiu graczy, przy czym sugeruję przynajmniej pięciu. Gra z pewnością spodoba się wszystkim miłośnikom programu telewizyjnego Agent.

Gra kooperacyjna

W Shadows over Camelot wcielamy się w rycerzy okrągłego stołu. Wspólnie uczestniczymy w przygodach: szukamy świętego Graala, zdobywamy Excalibur, odbijamy najazdy Wikingów i Piktów. Jeśli większość z tych zadań uda nam się zakończyć sukcesem, a przy okazji nie zginiemy i nie utracimy zamku Camelot, to zwyciężymy. Wszyscy.

Możemy odnieść wrażenie, że gramy przeciwko planszy. W każdym ruchu zanim zrobimy coś pożytecznego, musimy wylosować negatywne zdarzenie. Na przykład wrogowie króla Artura dostawiają jedną katapultę pod Camelot. Pojedyncze zdarzenia nie są groźne, ale ich kumulacja owszem. Dwanaście takich katapult oznacza, że utraciliśmy zamek Camelot i przegraliśmy. Wszyscy.

Grę zaprojektowano w taki sposób, że jeśli gracze działają samodzielnie, to przegrywają. Tak samo jak groźne są tylko kumulacje złych zdarzeń, pożyteczne są tylko zgrane akcje kilku graczy. Zwycięstwo zależy od tego, czy zbudujemy drużynę.

Dwa poziomy satysfakcji

Odkryłem, że zwycięstwo w tej grze cieszy mnie mniej, niż w grach indywidualnych. Sprawdziłem reakcje innych. Zapytałem graczy, czy zwycięstwo w grze kooperacyjnej cieszy cię równie bardzo, co w grach indywidualnych?

  • 47% cieszy mnie tak samo
  • 42% indywidualnie cieszy mnie bardziej
  • 11% drużynowe cieszy mnie bardziej

Osoby, które odpowiedziały, że nie odczuwają różnicy, jako powody podawały:

  • słabe umiejętności nie dają mi szans w grach indywidualnych,
  • najbardziej istotne jest, że daję z siebie wszystko,
  • cieszy mnie pod warunkiem, że było trudno,
  • cieszy mnie, bo ludzie są trudni.

– Satysfakcja z wygranej w grupie jest większa, gdy to twój plan został zrealizowany – mówi Tomek Mieszkowski, psycholog. – Na przykład w piłce nożnej miałem ją dość małą, w zasadzie żadną. Byłem bardzo słabym graczem i grałem tylko dlatego, bo musiałem, to był obowiązek lekcyjny. Dlatego nie odczuwałem przyjemności, mimo że moja drużyna wygrała.

Znalazłem ciekawą wypowiedź piłkarza ekstraklasy, Jakuba Wilka. Komentuje przegrany mecz: „Miałem satysfakcję, że zdobyłem dwa gole. To zawsze cieszy, tym bardziej, że wcale często nie pokonuję bramkarzy. Ale w gruncie rzeczy z czego miałbym się cieszyć? Że przegraliśmy? Nie. Było mi przykro.”

Wypowiedź Jakuba Wilka może wydawać się sprzeczna, ale to tylko pozory. Są dwa niezależne poziomy satysfakcji: poziom grupowy i indywidualny – mówi Marcin Sobczyk, specjalista psychologii sportu. – Jakub Wilk podkreślił, że jako grupa przegrali, więc jego bramki nie sprawiły mu aż takiej przyjemności. Miał pewną satysfakcję na poziomie indywidualnym, ale nie miał jej na poziomie grupowym. W sportach zespołowych ten poziom jest najważniejszy. Trenerzy kładą ogromny nacisk na myślenie w kategoriach „my” i przedkładanie dobra drużyny ponad swoje własne.

– Część zawodników woli wygrywać indywidualnie, część grupowo. To są różnice indywidualne. Do pewnego stopnia można na nie wpływać różnymi działaniami, ale trzeba też wiedzieć, że są spore ograniczenia w tym zakresie. Jednym ze sposobów budowania spójności zespołu jest ubiór. Nie tylko na meczu, również na zebraniu lub oficjalnym wyjściu. Dzięki temu inni postrzegają nas jako grupę, co już wystarcza, żeby zaszła w naszym myśleniu pewna zmiana – mówi Sobczyk.

Na ile cieszenie się razem jest istotne dla budowania grupy? – Myślę, że to jest tylko jeden z rytuałów. Nie przeceniałbym go – mówi Sobczyk. Nie mniej ważne jest wspólne przeżywanie smutku. Umiejętne reagowanie na smutek i porażkę, szczególnie takie, które nie rodzi konfliktów. Cieszenie się wspólne jest łatwe.

Mecz na sześć miliardów osób

W miarę powiększania zespołu pojawiają się nowe problemy. Ekologia to mecz na sześć miliardów zawodników.

– Pewnym problemem będą indywidualiści, którzy zaczną narzekać na zbyt mały wkład. Jednak jest na to sposób. Sztaby szkoleniowe zespołów kładą nacisk na to, aby każdy czuł się potrzebny. Przykładem są gracze rezerwowi. Mimo, że często wprowadza się ich na końcówki meczów, to ich wkład powinien być w równym stopniu szanowany. Może się przecież okazać, że to ich zagranie zdecyduje o losach meczu – mówi Sobczyk.

Problemem dużych, globalnych grup, jest rozmycie odpowiedzialności – mówi Tomek Mieszkowski. – Patrz głośny przypadek zabójstwa Kitty Genovese na amerykańskim osiedlu. To jest myślenie typu „jeśli rzucę papierek na ulicę, to nic nie zmieni, jeśli go podniosę, to też nic nie zmieni”. „Nie chce mi się” to największy problem ekologii.

Za tydzień

Ja sam cieszę się ze zwycięstwa grupowego, pod warunkiem, że przyszło ono wyjątkowo ciężko. Mimo wszystko mam nadzieję, że nie będę szaleć z radości, bo mecz ekologiczny wygraliśmy ledwo-ledwo. Mam też nadzieję, że bliższy rzeczywistości jest świat z Shadows over Camelot, niż ten z gry, którą poznamy za tydzień. To tytuł, w którym można celowo się unicestwić i pociągnąć za sobą innych graczy.

Ekomeeple: ekologia w planszowych decyzjach 3, 5.0 out of 5 based on 1 rating